On był niesamowity... To była przysięga złożona przed Bogiem. A teraz, skoro Bóg już nie ma mnie pod swoją opieką, jestem w jego oczach niegodny i niewarty jego miłości, zatem i przysięga powinna być nieważna. I ja bym to zrozumiał. Jestem teraz coraz to gorszy, dla niego i dla otoczenia. Szkoda, że ten narkotyk mnie nie wykończył. Wszystkie jego problemy zniknęłyby jak bańka mydlana.
Odsunąłem się od niego, a następnie oparłem czoło o to należące do niego. Był piękny, mój i tylko mój. A ja na niego nie zasługiwałem.
– Zdrzemnij się. Wypocznij. Nabierz sił. Tego w tej chwili bardzo potrzebujesz – odpowiedział, gładząc mój szorstki policzek swoją mięciutką dłonią. Zupełnie do niego nie pasowałem. Byłem zbyt szorstki, brutalny, agresywny. A on... on taki delikatny, kochany, dobroduszny.
– A ty potrzebujesz ode mnie spokoju – odpowiedziałem, uśmiechając się ze zmartwieniem. Zasługiwał na kogoś dużo lepszego ode mnie, na każdym etapie swojego życia. Ja tylko ciągnę go w dół.
– Potrzebuję cię przy sobie całego, już do końca swojego życia – powiedział, tuląc mnie do siebie. – Drzemka dobrze ci zrobi, uwierz mi – powtórzył, opadając wraz ze mną na poduszki.
Miałem coś powiedzieć, ale zaraz poczułem ten charakterystyczny, delikatny prąd przepływający przez moje ciało. Mikleo użył na mnie swoich mocy, wyciszył mnie, bym nie miał siły myśleć. A ja nie mogłem w żaden zaoponować. Nie zdążyłem. Przytulony do mojego męża zasnąłem, nim zdążyłem cokolwiek mu odpowiedzieć.
Obudziłem się... dużo, dużo później. Na zewnątrz już ciemniało, ale co się dziwić. W końcu zbliżała się zimą, noc coraz dłuższa, o promienie słoneczne coraz krócej oświetlały ziemię. Chciałem się podnieść, ale zorientowałem się, że mój mąż śpi na mnie. Jego twarz była taka piękna, delikatna, beztroska... nie mogłem go obudzić. Z tego też powodu leżałem nieruchomo, delikatnie gładząc jego plecy. Myślałem, że będziemy tak leżeć, i cieszyć się spokojem, ciszą, ale przy sofie pojawiła się Banshee. Nerwowa. Coś wyczuła. Coś złego się zbliżało się do naszego domu. To ten skurwiel? Pewnie tak. Wiedziałem, by go zabić, za wszelką cenę, niezależnie od mojego stanu.
– Miki? Muszę iść – powiedziałem cicho, łagodnie, powolutku go rozbudzając.
– Hmm? Co? – wymamrotał, otwierając powoli swoje piękne oczy. Dla tych dwóch, błyszczących ametystów jestem w stanie zrobić wszystko.
– Muszę wstać. Ktoś się zbliża. Muszę sprawdzić, co to. Obronić cię – powoli podniosłem się do siadu, i zaraz też położyłem go obok, na poduszkach.
– Obronić? Przed czym? Jak się czujesz? Jesteś na siłach? – pytał, podczas kiedy rósł w nim niepokój.
– Zaraz wrócę. O nic się nie martw – powiedziałem, po czym ucałowałem go w czoło. Jeszcze nic nie zrobiłem, a tak się martwił... Moje biedactwo. Za bardzo się przejmuje.
<Owieczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz