piątek, 7 listopada 2025

Od Soreya CD Mikleo

 Od razu pokręciłem przecząco głową. Nawet jeżeli bym bardzo potrzebował, nie mogłem pozwolić na to, by Mikleo dał mi wszystko, zwłaszcza, że na pewno się jeszcze nie zregenerował. Nie miał na to aż tyle czasu. Nie, jakoś sobie poradzę, jego krew znacząco poprawiła moją kondycję, coś we mnie naprawiła, i to na tę chwilę mi wystarczy. Jak już ktoś ma mi oddawać swoją krew, to nie on, a jego brat. To on jest winien mojej choroby, więc to on powinien pomóc mi wrócić do pełni zdrowia, a tymczasem gdzieś uciekł... Jeżeli tylko go dostrzegę, nie będę się powstrzymywał. Odbiorę to, co mi zabrał przez na te kilka dni. 
– Nie, nie musisz mi jej ofiarować – powiedziałem łagodnie, unosząc jego dłoń i zostawiając na jej wierzchu delikatny pocałunek. Musiałem w końcu pokazać mu, że doceniam jego poświęcenie. Że kocham go ponad życie. W końcu, kto inny dałby mi tyle, co on? Nie ma drugiej tak dobrej i wręcz naiwnej osoby. Muszę go bronić przede mną i sobą samym, bo inaczej ten świat całkowicie go pochłonie. – Skoro ty się czujesz dobrze, i ja się czuję dobrze... może pójdziemy nad jezioro? Musimy w końcu wykorzystać ten czas bez dzieci. Kiedy oni wracają, za cztery dni, pięć? 
– Tak właściwie to trzy – przypomniał mi, na co zamrugałem zaskoczony oczami. 
– Trzy? Nie za prędko? – spytałem, musząc się upewnić. 
– Nie za prędko, poprawnie. Przez to, że tyle czasu straciliśmy ja wyprawę, może się tak wydawać – wyjaśnił spokojnie, zbyt spokojnie jak na niego. 
– Zatem nie możemy tych dni tracić na głupoty, musimy je wykorzystać – odpowiedziałem, czując już na sobie lekką presję. Przede wszystkim muszę dojść do siebie, nim dzieciaki dotrą. Nie mogę im pozwolić na to, by zobaczyły, że coś jest ze mną nie tak. Jeżeli zobaczą, że jestem słaby, zaraz zaczną się martwić, a tak być nie może. Muszą się przy mnie czuć bezpieczne. W końcu, od tego tu jestem, by zapewnić moim najbliższym bezpieczeństwo i życie w godnych warunkach. Na razie to drugie udaje mi się utrzymać, ale to pierwsze? Z tym średnio mi idzie. Może dlatego, że jestem demonem. Sam jestem niebezpieczeństwem, więc muszę się od nich trzymać z daleka. Już jednak widzę, jak Miki mi na to pozwala. – Ale żeby je wykorzystać, musisz być w formie. 
– Nie tylko ja. Ty także się musisz dobrze czuć – odpowiedział, mierząc mnie wzrokiem od stóp do głowy. No przecież ja się dobrze czuję, o co mu chodzi? 
– Ja się będę dobrze czuć, jak ty się będziesz dobrze czuć – stwierdziłem, mając nadzieję, że go tym przekonam do siebie. – Zwierzaki nakarmione, więc myślę, że możemy spędzić miło czas i zabić każdego demona, który tylko zechce nam ten czas spędzić – dodałem, czując mimowolnie gniew na wspomnienie tego wczorajszego idioty. Powinienem go zabić... zdejmowanie powinienem go zabić. Kto wie, czy ten typek nie chce się zemścić, albo zdobyć Mikleo. Nawet jeżeli tu jesteśmy chronieni przez demony Crowleya, muszę być uważny. 

<Owieczko? c;>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz