Jeszcze chwilę temu mówił, że nie czuje w sobie macierzyństwa. Że nie ma tego czegoś. A jednak nie pozwalał mi zabierać dzieci do innych pokoi. To przecież też jest oznaka, potrzeba bliskości, chęć czuwania, pragnienie, by mieć je przy sobie i czuć ich obecność. Dbał o ich bezpieczeństwo, nawet jeśli sam jeszcze tego w sobie nie dostrzegał. Zdecydowanie nadawał się na matkę. Musiał tylko uwierzyć w siebie.
- Wiesz, jesteś niesamowity - Wyszeptałem cicho, siadając obok mojego panicza i spoglądając na naszego maleńkiego synka, który spokojnie spał w jego ramionach.
- Co? Dlaczego? - Zapytał zaskoczony, unosząc na mnie wzrok.
Uśmiechnąłem się ciepło i delikatnie pogładziłem jego dłoń.
- Mówisz, że sobie nie poradzisz. Że nie masz w sobie tego macierzyńskiego instynktu. A jednak nie chcesz, żebym zabierał dzieci do innego pokoju. Chcesz mieć je przy sobie. Czuwasz. Martwisz się. To jest miłość. To jest troska. To jest dokładnie to coś, o którym mówisz, że go nie masz. - Zamilkłem na moment, patrząc, jak nasz synek porusza się lekko przez sen.
- Będziesz wspaniałą mamą. Jestem tego pewien. Wystarczy, że pozwolisz sobie w to uwierzyć. A ja będę przy tobie, na każdym kroku. - Pochyliłem się i oparłem czoło o jego skroń, czując ciepło tej chwili. W ciszy, która zapadła między nami, było wszystko, strach, nadzieja i ogromna miłość.
Mój panicz westchnął cicho i spróbował zrobić to, co przed chwilą ja. Zauważyłem, że obserwowanie mnie bardzo mu pomagało. W pewnym sensie właśnie po to mnie miał, żebym był obok, wspierał i pokazywał, że nie wszystko jest takie trudne, jak się wydaje. Może nie byłem specjalistą od dzieci, ale wiedziałem wystarczająco dużo. Na pewno więcej niż on sam, przynajmniej na razie.
- Nie jestem tego taki pewien… Wciąż mam przed sobą jeszcze długą drogę - Stwierdził cicho, tuląc do siebie naszą maleńką córeczkę. W jego głosie brzmiała niepewność, ale sposób, w jaki ją obejmował, zdradzał coś zupełnie innego, troskę i instynktowną czułość.
Uśmiechnąłem się delikatnie i przysunąłem bliżej, zajmując miejsce obok mojej cudownej rodziny.
- Nie martw się, skarbie. Nauczysz się. Każdy musiał się tego nauczyć. Nikt nie rodzi się z gotową wiedzą ani pewnością siebie. To przychodzi z czasem… z każdym uśmiechem, z każdą nieprzespaną nocą. I bliskością tego malutkiego ciałka. - Oparłem dłoń na jego plecach i lekko je pogładziłem.
- Najważniejsze, że ci zależy. A to już połowa sukcesu - W ciszy, która zapadła między nami, było coś kojącego. Mała wtuliła się mocniej w jego pierś, a ja miałem pewność, że choć on jeszcze tego nie widzi, już teraz jest dokładnie takim rodzicem, jakiego potrzebują.
Mój panicz uśmiechnął się do mnie ciepło, po czym oparł głowę na moim ramieniu. Jego spojrzenie wędrowało od jednego maleństwa do drugiego, jakby wciąż upewniał się, że oboje są tuż obok, bezpieczni i spokojni.
Objąłem go ramieniem, przyciągając bliżej.
- Odpocznij, skarbie. Ja tu z wami zostanę. W razie czego zajmę się maluszkami - Wyszeptałem tuż przy jego skroni.
Chciałem, żeby choć przez chwilę przestał się martwić. Żeby pozwolił sobie zamknąć oczy i po prostu odetchnąć. Przytuliłem go mocniej, czując, jak powoli rozluźnia się w moich ramionach.
Spojrzałem na nasze dzieci i serce ścisnęło mi się z czułości. Kochałem ich ponad wszystko. Dla ich bezpieczeństwa i szczęścia byłbym w stanie zrobić absolutnie wszystko. Każdą nieprzespaną noc, każdy trud, to nie miało znaczenia. Liczyło się tylko to, że byli razem. Że byli bezpieczni.
Delikatnie pogładziłem jego ramię.
- Jesteśmy w tym razem - Dodałem cicho, a w tej małej, cichej chwili naprawdę w to wierzyłem.
<Paniczu? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz