środa, 4 marca 2026

Od Mikleo CD Soreya

 Nie odezwałem się ani słowem, gdy Sorey beształ nasze dzieci. Obiecałem mu wcześniej, że nie będę się wtrącał, że tym razem zachowam milczenie, byle tylko nie popsuć świąt. Obiecałem, że nic nie powiem i dotrzymałem słowa.
Skoro on dotrzymał swojego, ja również musiałem dotrzymać swojego. Zająłem się naczyniami. Zbierałem talerze ze stołu, odnosiłem je do kuchni, myłem w ciszy, skupiając wzrok na wodzie i pianie, by nie patrzeć na to, co działo się w salonie. Nie komentowałem. Nie reagowałem.
Widziałem jednak, że dzieci szukały mojego wzroku. Ich oczy na chwilę zatrzymywały się na mnie, jakby czekały na ratunek, na jedno słowo, jeden gest, który przerwałby tę scenę. A ja nie mogłem im pomóc, nie teraz. Same nalały sobie to mleko i same powinny je wypić. Tak sobie tłumaczyłem, choć w środku wszystko się we mnie buntowało.
Nie mogłem wkroczyć, choć serce podpowiadało coś zupełnie innego. Nie tym razem. Nie po tej obietnicy. Nie po tym, co ustaliliśmy.
Niech i tak się cieszą, że powstrzymałem ich ojca przed prawdziwą awanturą przy gościach. Wiem, że byłby do tego zdolny. Widziałem już wcześniej, jak cienka bywa granica między ostrym słowem a wybuchem. Tym razem przynajmniej udało się uniknąć wstydu i podniesionych głosów przy świątecznym stole.
Tylko że cisza też potrafi boleć.
Dzieciaki poszły do swojego pokoju, zamykając za sobą drzwi trochę zbyt cicho, trochę zbyt ostrożnie. W domu nagle zrobiło się dziwnie pusto. Zostaliśmy sami.
Sorey podszedł bliżej. Bez słowa wsunął się w moją przestrzeń, opierając czoło o moje ramię wtulając się w moje ciało. Westchnął ciężko, jakby dopiero teraz pozwolił sobie odpuścić napięcie.
- Wykończą mnie - Mruknął cicho.
Jego dłoń wsunęła się pod moją koszulę, muskając klatkę piersiową w powolnym, niemal nieobecnym geście. To nie było namiętne, raczej szukające oparcia, potwierdzenia, że wciąż jesteśmy po tej samej stronie.
Położyłem ostrożnie dłoń na jego dłoni, czując w sobie jednocześnie czułość i niepokój.
- Nie uważasz, że byłeś dla nich zbyt surowy? - Zapytałem cicho, ważąc każde słowo. Nie chciałem prowokować kłótni. To nie miałoby sensu. Nie teraz. Nie po wszystkim.
Wiedziałem, że jeśli zaczniemy się spierać o dzieci, otworzymy coś, czego obaj wolelibyśmy nie ruszać. A przecież nie możemy pozwolić, żeby to stanęło między nami. To nie byłoby dobre ani dla nas, ani dla nich.
Czułem, jak jego palce na moment zamarły.
W powietrzu zawisło pytanie, na które żadne z nas nie było do końca gotowe.
- Stoisz po ich stronie? - Sorey odsunął się ode mnie na tyle, by móc spojrzeć mi w oczy. W jego głosie pojawiła się ostra nuta. - Zachowali się bezczelnie. Nie mieli prawa zapraszać swoich połówek bez naszej zgody. A co, gdybyśmy mieli plany? Co wtedy? - Był już zdenerwowany. Widziałem to w napięciu jego szczęki. Zawsze reagował gwałtowniej, niż by chciał. I choć czasem wyprowadzało mnie to z równowagi, wiedziałem, że pod tym wszystkim kryje się troska, może zbyt surowa, może źle wyrażona, ale jednak troska.
- Nie stoję po ich stronie - Odpowiedziałem spokojnie. - Po prostu pamiętam, jakie prawa ma młodość. Nastolatkowie popełniają błędy. Taka już jest młodość. Sam święty nie byłeś w ich wieku. - Zobaczyłem, jak marszczy brwi, jak lekko puszy policzki w geście, który znałem aż za dobrze.
- Ja nie wpadłem na taki pomysł - Mruknął z uporem.
Uniósłem brew, nie kryjąc cienia rozbawienia.
- Naprawdę? A pamiętasz, jak łamaliśmy wszystkie zasady? Nie słuchaliśmy nikogo. A w wieku siedemnastu lat wyruszyliśmy w samotną podróż bez opiekunów i bez słowa wyjaśnienia. -:Na moment zapadła cisza.
Doskonale pamiętałem tamten czas, wolność, przekonanie, że świat należy do nas. My też byliśmy wtedy bezczelni. I zakochani w swojej niezależności.
- Oni nie robią niczego, czego my byśmy nie zrobili - Dodałem ciszej. - Po prostu zapomnieliśmy, jak to jest być po tej stronie. - Dodałem, uśmiechając się ciepło do ukochanego.

<Pasterzyku? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz