Wiedziałem, że Sorey nie odpuści im tej zniewagi. Poczuł się urażony, a gdy demon czuje urazę, każdy, kto stanie mu na drodze, powinien mieć się na baczności. Nawet jeśli mój mąż próbował zachować choć odrobinę spokoju, po jego twarzy wyraźnie było widać napięcie. Szczęka zaciśnięta, spojrzenie chłodne, ramiona sztywne. Wiedziałem, że wcale nie chce tu z nami być.
Obecność połówek naszych dzieci wyraźnie go drażniła. Choć tak naprawdę nie było wiadomo czym, nic złego przecież nie zrobili. Uśmiechali się uprzejmie, próbowali nawiązać rozmowę, byli grzeczni. Miałem wrażenie, że to nie oni go irytują, a sama sytuacja. To, że nie został uprzedzony. Że ktoś naruszył jego przestrzeń i spokój w tak ważnym dla niego czasie. Niestety wiedziałem, że jego rozdrażnienie może odbić się również na gościach.
- Rozumiem, że jesteś zły na dzieci za to, co zrobiły. Ja też nie czuję się z tym dobrze. Oszukały nas… nie uprzedziły, że przyjdą z kimś. Nie dali nam czasu, żeby się przygotować - Powiedziałem spokojnie, starając się, by w moim głosie nie było oskarżenia, tylko prośba. - Ale to nie powód, żeby psuć święta. To dla mnie bardzo ważny czas. Dlatego proszę cię… spróbuj chociaż udawać, że jest dobrze. Kiedy ich połówki pójdą, możesz zrobić, co uznasz za słuszne. Nie będę się wtrącać. Wiem, że wymierzysz im taką karę, jaką uznasz za odpowiednią. Ale teraz… nie psujmy tego dnia - Nie chciałem kłótni. Nie dziś. Święta miały być czasem wspólnego siedzenia przy stole, jedzenia barszczu, ryby i wszystkich tych potraw, które przygotowywaliśmy od rana. Miały być chwilą wytchnienia, śmiechu, rozmów. Dopiero później, gdy nadejdzie odpowiedni moment, można będzie wrócić do trudnych tematów.
- Najlepiej byłoby, gdybym po prostu stąd wyszedł - Mruknął Sorey cicho. - Poszedł do sypialni i zamknął się tam jak Banshee. Przynajmniej nikt by mnie nie drażnił. - Westchnąłem w duchu. Wiedziałem, że nie lubi obcych ludzi. Nie przepada za gośćmi, za hałasem, za nieplanowanymi wizytami. Gdyby to był zwykły dzień, pewnie nie miałbym oporu, żeby pozwolić mu się wycofać. Ale to były święta. A ja potrzebowałem, żeby był przy mnie.
- Proszę - Powiedziałem ciszej, podchodząc bliżej. - Weź głęboki wdech… i wydech. A kiedy poczujesz, że dasz radę, po prostu do nas dołącz. Bądź przy mnie. - Pocałowałem go w policzek, zostawiając go jeszcze na chwilę samego, i wróciłem do salonu, gdzie gwar rozmów mieszał się z zapachem potraw. Na szczęście Sorey nie kazał mi długo czekać. Pojawił się obok mnie szybciej, niż się spodziewałem, stając tuż przy moim boku. Jego obecność była jak cichy, chłodny cień, ale wspierający. Nie zostawił mnie samego.
Mimo całej tej sytuacji dzień upłynął nam zaskakująco miło. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się, poznawaliśmy bliżej wybranków naszych dzieci. Musiałem przyznać, że byli naprawdę sympatyczni. Uprzejmi, serdeczni, starali się wpasować w atmosferę domu. Z czasem nawet napięcie w ramionach Soreya odrobinę zelżało.
Nie żałowałem tego spotkania. Cieszę się, że mogliśmy ich poznać. Jedyne, co wciąż mnie uwierało, to fakt, że dzieci nie uprzedziły nas wcześniej. Mogliśmy mieć inne plany. Mogliśmy chcieć spędzić ten dzień tylko we dwoje, leżąc do południa w łóżku, w ciszy i spokoju. Zadecydowali za nas, nie dając nam wyboru ani chwili na przygotowanie się.
To było nie fair.
Ale teraz… teraz i tak nic już nie zmienimy. Pozostało nam dokończyć wieczór z godnością, zapamiętać śmiech przy stole i dopiero później, w czterech ścianach, porozmawiać o tym, co naprawdę nas zabolało.
<Pasterzyku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz