Szczerze mówiąc, naprawdę się przeraziłem, kiedy Futerko skoczył prosto na jego ranę. Zwierzak oczywiście nie był świadomy, że może zrobić Elianowi krzywdę, ale mimo wszystko powinienem był zachować większą ostrożność. To była chwila nieuwagi, jedna sekunda, w której pozwoliłem sobie się rozluźnić, a wystarczyło, by kot wpadł na swój „genialny” pomysł.
Szybko przyniosłem apteczkę i uklęknąłem obok niego, starając się opanować drżenie rąk. Pomogłem mojemu partnerowi zdjąć bandaż, po czym ostrożnie oczyściłem ranę. Przyjrzałem jej się uważnie, z sercem bijącym jak oszalałe.
Na szczęście nic poważnego się nie stało. Rana trochę się naruszyła i będzie musiała ponownie się zasklepić, ale nie otworzyła się głęboko. Zawsze mogło być znacznie gorzej… Ta myśl sprawiła, że powoli wypuściłem powietrze z płuc.
- Uf, nie jest aż tak źle - Odparłem z wyraźną ulgą, gdy świeży bandaż został starannie założony. - Muszę bardziej uważać na Futerko - Dodałem ciszej, bardziej do siebie niż do niego.
Naprawdę się martwiłem. Powinienem był być czujniejszy. To moja odpowiedzialność. Gdybym tylko na moment nie stracił koncentracji…
Na szczęście kot nie narobił większych szkód, ale świadomość, że mogło skończyć się znacznie gorzej, wciąż ściskała mnie w żołądku.
Spojrzałem na niego uważnie, szukając na jego twarzy oznak bólu.
- Bardzo boli? - Zapytałem miękko. - Może przynieść ci jakieś zioła? Albo zrobić napar przeciwbólowy? - Choć rana nie wyglądała groźnie, bałem się, że jeśli Futerko jeszcze raz wpadnie na podobny pomysł, sytuacja może potoczyć się zupełnie inaczej. A na to nie mogłem pozwolić.
Elian uśmiechnął się do mnie blado. Uniósł dłoń i położył ją na moim policzku, jakby to on próbował mnie uspokoić. Potem pochylił się i złożył delikatny pocałunek na moim czole.
- Nie martw się o mnie aż tak - Powiedział cicho. - Jestem dużym chłopcem. Nie umrę od czegoś takiego. Trochę boli, ale to nic wielkiego. Nie potrzebuję ziół. - Westchnął lekko, jakby moje obawy były czymś uroczym, choć niepotrzebnym. - Poza tym moje ciało musi się przyzwyczajać. Podczas podróży różnie może być. Nie mogę trząść się nad zwykłą raną. To nie pierwsza i na pewno nie ostatnia. - Jak zawsze stawiał sprawę zupełnie inaczej niż ja. Mówił o tym spokojnie, rzeczowo, jakby chodziło o drobiazg, który nie był wart większej uwagi. Jakby jego własne życie nie było czymś bezcennym.
A dla mnie było.
Może on się nie przejmował. Może uważał, że to nic takiego. Ale to jego ciało, jego zdrowie, jego oddech, wszystko to było dla mnie ważniejsze niż cokolwiek innego. Chcę, żeby żył. Jak najdłużej. Chcę widzieć jego uśmiech, słyszeć jego głos, czuć ciepło jego dłoni.
- Dla ciebie to może być tylko zwykła rana - Powiedziałem ciszej, patrząc mu w oczy. - Ale dla mnie to coś więcej. To twoje życie o której muszę dbać, bo ty sam nie za bardzo masz na to ochotę - Stwierdziłem, nie odwracając wzroku od jego twarzy.
Elian westchnął cicho. Oczywiście nie przejmował się tym tak, jak ja. Czasami miałem wrażenie, że mówię do ściany, że moje obawy odbijają się od niego i wracają prosto we mnie. Ale czego właściwie się spodziewałem? Taki już był.
- Serathion, będzie dobrze. Widziałeś przecież, moja rana nie jest aż tak poważna. Myślę, że od tego nie umrę. - Objął mnie delikatnie i przyciągnął do siebie, jakby to on musiał mnie uspokajać. Jego ramiona były ciepłe, znajome. Zbyt cenne.
Wtuliłem twarz w jego pierś, ale nie potrafiłem się rozluźnić.
- Wiem… wiem - Odpowiedziałem ciszej. - Ale boję się o twoje życie. O twoje zdrowie. Dla mnie najwyraźniej ma ono większe znaczenie niż dla ciebie. - W moim głosie nie było złości. Tylko strach. Surowy, szczery, trudny do ukrycia. Może on potrafił patrzeć na swoje rany jak na coś zwyczajnego, ale ja, ja nie potrafiłem. Każda z nich była dla mnie przypomnieniem, że mogę go kiedyś stracić.
<Elianie? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz