poniedziałek, 2 marca 2026

Od Soreya CD Mikleo

 Starałem się zachowywać pozornie dobry humor tylko i wyłącznie dla Mikleo. Chciałem, by on miał dobry humor, bo zasługiwał na to, po tej całej pracy, jaką wykonał, by te święta jakkolwiek mogliśmy spędzić. To, czy ich partnerzy byli w porządku, czy też nie, nie miało takiego znaczenia. Znaczy się, miało, skoro mieli spędzić razem potencjalnie życie, ale na razie to była dla mnie sprawa drugorzędna. Do zaufania im w zupełności wystarczyło mi zachowanie Banshee, ona nie wyczuła nic złego, także i ja mogłem im spokojnie zaufać. Poniekąd. Niech sobie w końcu nie myślą, że ze mną będzie tak prosto. Mam reputację, i zamierzałem o nią dbać. Będą musieli mi pokazać, że naprawdę zależy im na naszych dzieciach. 
W końcu przyszła pora pożegnania się. Mikleo i bliźniaki poszły odprowadzić chłopaków do wyjścia. Ja pożegnałem się z nimi wcześniej zwykłym skinieniem głowy, dlatego później, zamiast do drzwi, ruszyłem do Banshee. Kiedy tylko otworzyłem drzwi, od razu do mnie podeszła, delikatnie machając ogonem. Jeżeli te dzieciaki chcą się spotykać z moimi dzieciakami, na pewno się z nią miną. To oznacza, że będą musiały poznać prawdę o mnie, o tym, że ich połówki mają demona w rodzinie. To akurat nie było coś, co chciałbym, żeby wyciekło. Kto by się cieszył z posiadania demona w rodzinie? To byłby wystarczający powód do zerwania. Wychodzi więc na to, że jakoś będę musiał zadbać o jej wygląd. Zaczarować jej obrożę tak, by iluzja ukrywała te piekielne cechy, by wyglądała jak zwykły, duży, czarny psiak. Będzie musiała ukrywać się tak samo, jak ja. Taki już nasz los. 
- Już sobie poszli, możesz wyjść – powiedziałem do niej cicho, wyciągając do niej rękę. Kiedy tylko podeszła do mnie bliżej, podrapałem ją za uchem. - Coś czuję, że to nie jest jedyny raz. Będziemy musieli o ciebie jakoś zadbać, byś wyglądała bardziej jak istoty z tego świata. To oznacza obrożę – na moje słowa parsknęła niezadowolona. No tak, kto lubi zakładać takie rzeczy na szyję? - Nie martw się, będziesz ją miała tylko, kiedy będą przychodzić. O ile moje pociechy dadzą nam o tym znać – mruknąłem, prostując się. Najwyższa pora porozmawiać. 
Dzieciaki podekscytowane ruszyły w stronę kuchni, rozmawiając z mamą o tym, czy mogą jutro wyjść do swoich drugich połówek. Jak normalnie byłbym na tak, mielibyśmy dom dla siebie, tak po dzisiejszym numerze mogą sobie tylko o tym pomarzyć. Jeśli robią głupie pomysły muszą liczyć się z tym, że będzie czekać ich kara. 
- Co wy sobie wyobrażaliście? - spytałem chłodno, i dobry humor zaraz prysł. Mikleo spojrzał na mnie niepewnie, jakby już był przekupiony przez nie, przekonany co do ich pomysłu, ale nic nie powiedział. I dobrze. Obiecał mi, że nie będzie się wtrącał, że nie weźmie ich strony. 
- Tylko chcieliśmy, byście poznali naszych chłopaków. A święta to taki idealny okres – powiedziała Hana cicho, niepewnie, jakby już wiedziała, że ma przewalone. 
- A nie zapomnieliście o czymś? Zapytać się nas o zgodę? Albo chociażby poinformować nas o tym, że ich zaprosiliście do naszego domu? - nie unosiłem głosu. Nie musiałem. Sam ton głosu wystarczył, bym był doskonale słyszalny i brzmiał groźnie. 
- Byliśmy pewni, że się nie zgodzisz – odparła cicho dziewczyna, patrząc wszędzie, tylko nie na mnie. Chyba w końcu wyczuli, że przesadzili. 
- To się na pewno się pomyliliście. Myślałem, że jesteście na tyle duzi, że rozumiecie oczywiste sprawy. O takich rzeczach się informuje, zwłaszcza, kiedy macie dwa piekielne pomioty w domu. Mogli zobaczyć Banshee, i wtedy znów musiałbym uciekać. Już nie mówiąc o tym, że z mamą mogliśmy mieć swoje plany. Na górę, do pokoju przemyśleć swoje zachowanie. I jutro nigdzie nie wychodzicie, możecie o tym zapomnieć. I możecie tylko podziękować sobie – jak na mój poziom zdenerwowania zachowałem wyjątkowy spokój. Nie podnosiłem głosu. Nie musiałem, tak naprawdę. Moja aura i ton wystarczyły, by zrozumiały, jak bardzo zły jestem. I dobrze. Bo jakbym krzyknął, mógłbym coś przypadkiem zapalić. 

<Owieczko? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz