Nie podobała mi się karta, którą zastosował. On chyba zapomniał, że po tylu powrotach na ziemię nie pamiętam pewnych etapów. Ledwo pamiętam swoje anielskie życie, i tak te pierwsze lata mam trochę zablurowane, ale ludzkie? Były dla mnie jedną wielką niewiadomą. Mikleo mi o nich opowiadał, owszem, ale cokolwiek by wtedy nie mówił, ja już na pewno nie pamiętam. I teraz mi mówi, że byłem taki sam. Nie wierzyłem w to. A nawet jeśli byliśmy, to nie bez powodu. Ja byłem kilka lat bez niego, on był kilka lat beze mnie w towarzystwie dziadka, który nie był najlepszym opiekunem. A my? Bronimy ich. Zapewniamy wsparcie, jedzenie, pieniądze, no wszystko mają. Chcemy tylko, a może bardziej ja chcę, by byli w porządku wobec mnie. Zwykła informacja, jedno zdanie, już powiedzmy, że ich zaprosili, i muszą nas o tym po prostu poinformować... mieli mnóstwo czasu. Naprawdę dużo. Nie ma dla nich wytłumaczenia, a Mikleo uparcie go szukał. Wydaje mi się, że był ze mną, ale on naprawdę był gotów im odpuścić. Ciekawe, czy tak samo by im odpuścił, gdyby dowiedzieli się o Banshee? Gdybym musiał uciekać przed tłumem z pochodniami? Tak naprawdę robiłbym to tylko dla Mikleo i dzieciaków, by nie patrzyli na tę rzeź, którą byłbym w stanie im zgotować, gdyby nadszedł taki moment.
- Zagrałeś bardzo nieczystą kartą – powiedziałem, mrużąc oczy. Byłem naprawdę zawiedziony jego postawą. Jak tak dobrze spędzało mu się czas z dziećmi, i ich nowymi chłopakami, to po co mnie tam chciał? Ewidentnie tylko ja tu nie pasowałem. Robiłem problemy, miałem jakiekolwiek zasady, chciałem być traktowany w porządku. Naprawdę, paskudnym typem byłem.
- Co? Dlaczego? - spytał, chyba nie rozumiejąc, co mam na myśli.
- Dlaczego? Powinieneś wiedzieć, że nie pamiętam tego okresu w swoim życiu, to po pierwsze. Po drugie, byliśmy w zupełnie innej sytuacji, niż oni. Nie mieliśmy rodziców. Miałeś dziadka, który był dla ciebie okropny, ciągle podcinał ci skrzydła. Przy nim twoje poczucie własnej wartości było okropnie niskie. Chyba, że chcesz mi powiedzieć, że jesteśmy tak samo okropni jak dziadek. Albo może raczej ja jestem okropny, bo tylko ja w ich zachowaniu widzę problem i chcę z niego wyciągnąć konsekwencje – syknąłem, mrużąc oczy.
- Sorey, nie próbuj. Nie chcę się kłócić. Są święta – poprosił, co z jakiegoś dziwnego powodu wkurzyło mnie jeszcze bardziej.
- No tak, święta. Bo gdyby nie było świąt, to mógłbyś się ze mną pokłócić, tak? - zmarszczyłem gniewnie brwi. - Chcesz, żebym uczestniczył w ich życiu, a kiedy to robię, to oczywiście robię to źle.
- Teraz to szukasz powodu, by się pokłócić – Mikleo odbił piłeczkę, też już zaczynając się denerwować.
- Chcę tylko, by zapanował tu jakiś porządek. Zasady są sprawiedliwe. Jeśli przymykamy oczy na takie wybryki, czynimy im krzywdę, bo pomyślą, że wszystko mogą, a to najgorsze, co możemy im uczynić. Ale oczywiście, ja zawsze tym najgorszym jestem – podniosłem głos bardziej niż chciałem, ale po prostu czułem się niezrozumiany... znowu. I jak ja mam brać udział w tym życiu, jak to zawsze ja odstaję? Nie nadaję się do tej rodziny. I każdy taki dzień tylko to potwierdzał.
<Owieczko? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz