Nie byłem pewien, czy chciałem czegoś specjalnego. Na pewno chciałem mięsa. Czerwone mięso chodziło już za mną od kilku dni, ale cichutko tłumiłem w sobie tę potrzebę. Nie byłem pewien, jak to się mogło dla mnie skończyć, i dlatego nie mówiłem głośno o tym. Ostatnio jednak głód na ten konkretny typ mięsa stał się okropny, i tak się zacząłem zastanawiać... czy może to nie wina mojego męża? Może dziecko, które rośnie w moim brzuchu, też miało te wilcze cechy, i dlatego tak wielką ochotę mam na jakąś wołowinę, czy cielęcinę? Trochę to też było martwiące... ale myślę, że dałbym sobie radę z kolejnym wilkołakiem. W końcu, z Haru poszło mi nieźle. Mieliśmy trochę kłopotów, owszem, bo nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać, co się dzieje. A teraz już więcej wiemy, jesteśmy lepiej przygotowani... nie będzie tak źle, jeżeli okaże się, że noszę w sobie małego wilczka. Byleby to tylko nie sprawiało, że poród będzie gorszy.
– Też zjadłbym mięso – przyznałem cicho, trochę zaczynając wolniej jeść. Rzuciłem się na owsiankę zbyt łapczywie, jak jakieś zwierzę, a nie dama. Tak to nie powinno wyglądać. Muszę chociaż odrobinkę nad sobą panować, bo kim będę, jeżeli nie będę potrafił używać hamulców?
– To... dobry pomysł? Jak ostatnio próbowałeś, nie skończyło się to dla ciebie dobrze – przypomniał mi ostrożnie, na co lekko się oburzyłem. To jego ostatnio to brzmi, jakby się wydarzyło jeszcze w tym tygodniu, a to nie była prawda.
– Ostatnio, czyli jakiś miesiąc temu. Wtedy to wszystko mi szkodziło, nawet słodkie. A teraz... teraz czuję, że ono potrzebuje mięsa. Zupełnie jak ty, co miałoby sens. Ma też twoje geny – odpowiedziałem, obserwując jego minę. Zmartwił się. Nie chciał, by nasz potomek odziedziczył po nim jego przekleństwo, które przekleństwem było tylko w jego oczach. Ja to uważałem za niesamowite. Owszem, trzeba być ostrożniejszym, panować nad emocjami, uważać na pełnię, i inne tego typu rzeczy, ale ile to daje profitów. Wieczne ciepło, wieczna energia, dłuższa młodość, dłuższe życie, no i wyostrzone zmysły. Przy nim jestem taki... nijaki. A w tym stanie to ja już w ogóle jestem jakiś nieswój.
– Myślisz, że mogłoby być takie, jak ja? – spytał cicho, patrząc na mnie z niepokojem w oczach.
– Jest na to szansa. Nieco mniejsza, niż gdybyś był czystej krwi, ale istnieje. Może odziedziczy pełen pakiet. Może tylko część. Albo jego wilcze ja będzie uśpione, tak, jak twoje. Cokolwiek by to nie było, poradzimy sobie. Ja w końcu już jednego wilkołaka wychowałem – przypomniałem mu z łagodnym uśmiechem, odsuwając od siebie pustą miskę. Mój panie, to było przepyszne. Aż czułem się winny, że zjadłem ją tak szybko... ostatnio siebie naprawdę nie poznaję.
– Naprawdę się nie martwisz? – spytał zaskoczony, chociaż, czym takim? Nie rozumiałem tego za bardzo.
– Nie. W tej kwestii najgorsze już za nami. Przechodziliśmy przez to, wiemy więcej... w czym więc problem? Tego akurat się najmniej boję. Bardziej przejmuję się innymi rzeczami, jak chociażby porodem. Albo donoszeniem tej do końca. Już teraz tak szybko się męczę... a co to będzie później? A jak nie dam rady? A nasza radość jest przedwczesna, bo lada dzien... Może już nic nie pozostać? – przyznałem cicho, spuszczając wzrok. Ciąża wiele wymagała, przede wszystkim silnego ciała, a to moje... cóż, najsilniejsze nie było, łagodnie to ujmując.
<Piesku? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz