wtorek, 9 grudnia 2025

Od Soreya CD Mikleo

 Rozczulony jego słowami, jego obecnością i ogólnie całą jego osobą zapragnąłem przytulić go mocno do siebie. Wiedziałem jednak, że muszę się powstrzymać, w końcu pije gorącą czekoladę, nie chciałbym, by coś się mu stało. Zamiast tego, delikatnie przytuliłem go do siebie, uważając, by nic mu się nie stało. 
– Obawiam się, że dzieciaki zapomniały o jednym, kiedy przygotowywały obiad – odezwałem się cicho, zerkając na jego twarz, na której to od razu się pojawiła panika. 
– Co? O czym? Stało im się coś? Spaliły garnek? Albo... – zaraz zaczął wymyślać mnóstwo rzeczy, do których to w sumie nawsw dzieci byłyby zdolne. 
– Albo nie przykryły porcji, kto w im została. Kociaki się nią poczęstowały – wyjaśniłem szybko, nie chcąc go dłużej trzymać w tej niepewności. – Już wszystko tam posprzątałem, no ale ty nic nie spróbujesz. Skoro koty zjadły, to chyba nie było takie złe. 
– Nic nie pomyślą... – pokręcił ze zmartwieniem głową. 
– Wiesz, trochę w tym też naszej winy. Twojej, bo chcesz ich wyręczać we wszystkim, mojej, bo boję się o ich bezpieczeństwo. Ale na szczęście sami chcą się uczyć, i powinniśmy im na to pozwalać – odpowiedziałem, delikatnie uśmiechając się do niego. Już wydaje mi się, że aż tak nie jestem surowy... a przynajmniej się staram. Po prostu się o nie martwię. Z jednej strony, chcę być częścią ich życia, chciałbym mieć z nimi tak dobry kontakt, jaki to mają z mamą. Z drugiej, wiedziałem, że im mniej tego kontaktu między nami, tym lepiej dla nich, bo moja demoniczna aura nie ma na nich aż takiego wpływu. A one są takie młode, takie podatne... Tak bardzo się o nich martwię, chociaż nie wiem, czy ktokolwiek sobie daje z tego sprawę. 
– I co, pozwoliłbyś im pójść na imprezę, jakby jutro podeszły i się zapytały, czy mogą? – zapytał, unosząc rozbawiony brew. 
– Impreza to nie jest coś, co jest im tak bardzo do życia potrzebne – burknąłem, niezadowolony na sam ten pomysł. – Ale... może bym się zgodził. Jakbym zrobił wpierw porządny wywiad, do kogo, gdzie, o której powrót... jest możliwość, że bym powiedział tak. I pod pewnymi warunkami – powiedziałem po chwili, co wywołało u niego delikatny uśmiech. 
– Zapamiętam sobie to, jak kiedyś przyjdą do nas z takim zapytaniem – powiedział, dziwnie wesoły. Nie, nie dziwnie. To bardzo dobrze, że był wesoły, że humor mu dopisywał. Zasługiwał na taką spokojną chwilę, w której to on jest najważniejszy. Ostatnio tyle się działo, tyle złego, tyle okropnego, i dla jego ciała, i dla jego psychiki. Na szczęście, teraz już będzie lepiej. Musi być. Demony zostały przegonione, a jego brat nie ma wstępu do tego domu. A jak tylko go poczuję gdzieś blisko... nic z niego nie zostanie. 
– To zapamiętaj, bo ja się z tych słów zamierzam wywiązać – obiecałem, całując go w skroń. – A o tych meblach mówiłeś poważnie? Chcesz, żebym zrobił coś nowego? – zapytałem, zaciekawiony. Jeśli chciał, ja byłem gotów się dla niego poświęcić, i zrobić te meble, chociaż jak mi to wyjdzie, to nie mam pojęcia. 

<Owieczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz