Na widok jego kiełków, czerwonych i już trochę mętnych oczu uśmiechnąłem się łagodnie. Tak, zdecydowanie brakowało mi tych czerwonych ogników, chociaż muszę o nie dzisiaj zadbać. Ale to zaraz. Chciałbym się umyć, pozbyć się resztek potu z ciała, a skoro się nie chce umyć ze mną, to użyję tego drugiego olejku. Różany zachowam dla niego. Zdecydowanie bardziej do niego pasuje, w mnie to obojętne. Chcę być po prostu czysty. I rozgrzany.
– Zaraz wrócę – powiedziałem, znikając za drzwiami łazienki.
Trochę w niej posiedziałem, a to dlatego, że chciałem całkowicie wykorzystać ciepłą wodę. Opuściłem ją dopiero, kiedy była zimna. Dokładnie wytarłem ciało, założyłem spodnie i dopiero wtedy wróciłem do mojego... właśnie, kogo? Towarzysza? Podróżujemy razem, ale to się robimy nawet więcej. Kochanka? To by się nawet zgadzało, ale nie podobał mi się wydźwięk tego słowa, negatywnie mi się kojarzyło. Partnera? A to było zbyt oficjalne, i chociaż bardzo bym chciał, takie rzeczy trzeba ustalić wspólnie. Ale zawsze mogę go nazywać moją Różyczką. To... to pasuje idealnie do niego.
– Jestem. Już cię trochę nakarmię, powinieneś coś zjeść – powiedziałem spokojnie, siadając na łóżku.
– Kiedy ja nie chcę. Jestem najedzony – stwierdził, gładząc jednego ze swoich misiów. Podróż z nimi pod pachą będzie ciekawym doświadczeniem.
– Nie jesteś najedzony. Po prostu nie czujesz palącego głodu, ale jeszcze dzień, półtora i będziesz miał problem. Zaniedbałeś się, i teraz ja muszę zadbać o ciebie – powiedziałem spokojnie, nie przejmując się jego odmową. Nie pierwszy i nie ostatni raz.
– To nie może dalej trwać. Nie możesz ciągle mnie karmić. To się źle dla ciebie skończy – powiedział, patrząc gdzieś w bok. Zmniejszyłem dystans między nami, a następnie chwyciłem delikatnie jego brodę i zwróciłem jego twarz w moją stronę.
– Więc co bedziesz jeść? Znów się będziesz doprowadzał na skraj? Wolę, żebyś gryzł mnie, niż szukał kogoś innego. Moja krew jest zdrowa, szybko się regeneruje, no i sam ci się oddaje. Jestem idealną ofiarą dla ciebie – powiedziałem cicho, gładząc kciukiem jego dolną wargę.
– Jako łowca doskonale sobie zdajesz sprawę, jakie to niebezpieczne – odparł, ewidentnie speszony, niepewny, jakby w jednej chwili cała pewność siebie z niego uleciała.
– Codziennie po trochu i nic mi nie będzie. Do następnego razu ta krew mi się zregeneruje – powiedziałem spokojnie, uśmiechając się lekko. Miło z jego strony, że tak przejmuje się swoim workiem na krew.
– Przecież ludziom krew aż tak szybko się nie regeneruje, nie jestem głupi – burknął, pusząc słodziutko te swoje małe policzki.
– Masz rację, ludziom tak szybko się nie regeneruje. Ale ja się różnię od reszty ludzi. Zjedz trochę. Tęsknię za tymi iskierkami w twoich oczach – poprosiłem, muskając ustami jego usta mając nadzieję, że go do siebie przekonam.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz