Mogłem się domyślać, że się martwi. Nie dość, że o moją krew, to jeszcze o to spotkanie. Widział mnie w akcji, i dalej się martwi? Urocze z jego strony. I dziwne. Nie ma za wielu ludzi, którzy by się o mnie martwili. Raczej większość z nich przez całe moje życie miała mnie w dupie. A przejmuje się sprawą, która przecież na pewno źle się dla mnie nie skończy.
– Zatem zacznę zbierać siły przed tym niereformowalnym człowiekiem – powiedziałem rozbawiony, wsuwając nos w jego włosy. Jakże się cieszę, że on dbał o to, by ten jednak przykry, naturalny wampirzy zapach przykryć innym, znacznie przyjemniejszym. Chyba tylko te wampiry wyższe tak bardzo dbają o ten aspekt. Te przemienione... te przemienione chcą tylko jeść. Tylko zapełnienie żołądka ma dla nich znaczenie.
– Tak zrób. I lepiej, by ci się nic poważnego nie stało – poinstruował mnie, co wywołało we mnie małe rozbawienie.
– Dobrze, więc stanie mi się coś niepoważnego – odpowiedziałem, na co posłał mi pełne jadu spojrzenie. – No już, wiem. Będę uważał. Musisz się w końcu jeszcze mną najeść, nie mogę być taki samolubny.
– Twojej głupoty to aż żal komentować – mruknął tylko.
Nic nie powiedziałem. Uśmiechnąłem się tylko pod nosem, a następnie przymknąłem oczy. Krótka drzemka... Tak, krótka drzemka dobrze mi zrobi. Zregeneruję siły. Oczyszczę myśli. Przygotuję się do tego psychicznie. A kiedy już nadejdzie odpowiednia pora, opuszczę gospodę. Muszę się zachowywać tak, jak gdybym polował na wampira, bo przecież jeszcze się zorientuje.
To strasznie pojebane. Mam nadzieję, że następnym razem wpadnie mi jakiś prawdziwy wampir, a nie jakiś taki pojeb.
– Obudź mnie tuż przed zmierzchem – poprosiłem, zamykając swoje oczy.
Bardzo szybko zasnąłem, spokojnie, bez snów i żadnych myśli. Tak jak poprosiłem, moja Różyczka delikatnie zaczęła potrząsywać moim ramieniem, jakieś trzy godziny później. Niechętnie otworzyłem oczy, przez chwilę przypatrując się jego pięknej twarzy. W końcu, musiałem się odpowiednio zmotywować na resztę dnia, a jego twarz świetnie się w tej sprawie sprawdza. Pewnie też wspaniale przyjmowałaby moje nasienie, gdybym na nią doszedł.
– Powiedz, że po drzemce przemyślałeś sprawę i rezygnujesz ze swojego pomysłu – odezwał się, przyglądając mi się z uwagą.
– To może lepiej nic nie będę mówił? – rzuciłem lekko, podnosząc się do siadu. – Możesz już zabierać się za pisanie tego liściku. Myślę, że zaraz się ogarnę, i możemy zaczynać przedstawienie. A im szybciej, tym lepiej.
– Jesteś niereformowalne głupi. Kto notmalny wpada na tak beznadziejne pomysły? Jakim cudem przetrwałeś dwadzieścia trzy lata? Selekcja naturalna już dawno powinna się tobą zająć – mamrotał pod nosem, podchodząc do biurka. Ależ on to przeżywał... przecież to nie jemu groziło niebezpieczeństwo.
– Pamiętaj o pierścionku. Nie chcemy, by ktoś rozpoznał w tobie wampira – przypomniałem mu spokojnie, nie przejmując się jego słowami. Pogada sobie, pogada, a jak już pozbędę się tego pojeba, to mu minie, i znów będzie miło.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz