Jego raport dosyć mocno mnie zadziwił. Modlił się? Wiele dziwactw widziałem w życiu, ale coś takiego? To było... Przedziwne. Wiem, że ludzie potrafią wiele rzeczy wynosić do rangi bóstwa, ale wampir? Mamy do czynienia z gorszym przypadkiem, niż początkowo przypuszczałem.
– Też nie mam pojęcia, co ja planuję – przyznałem, wpatrując się w podłogę. Mówił, że wyglądał, jakby był umierający... może jest umierający, i chce zostać przemieniony? I wczuwa się w rolę? Beznadziejny przypadek mi się trafił. Kompletnie go nie rozumiałem.
– Wymyślisz coś – powiedział miękko, gładząc moje włosy. – A teraz... powinieneś coś zjeść. Słyszę, jak ci w brzuchu burczy. Nic nie jadłeś odkąd wydałeś, prawda? – zauważył, cm mnie trochę zaskoczyło. Nie sądziłem, że będzie zwracał uwagę na takie... cóż, pierdółki dla niego.
– Nie miałem na to czasu – przyznałem, cicho wzdychając. Może... może trochę miał rację. Może byłem głodny, i powinienem coś zjeść. A potem muszę pomyśleć o tym, co z nim zrobić.
– Teraz masz czas, dkagego już, uciekaj – pospieszył mnie, pchając w kierunku drzwi.
– A myślałam, że się za mną stęskniłeś – powiedziałem rozbawiony, zerkając na niego kątem oka.
– Stęskniłem, ale jeszcze to nadrobimy. Teraz musisz nadrobić posiłek, i nabrać sił – stwierdził hardo, na co delikatnie się uśmiechnąłem. Ależ to kochane... i trochę do niego niepodobne, zwłaszcza po jego ostatnich dziwnych zachowaniach.
– A co z tobą? Ty nie jesteś głodny? – zapytałem, pamiętając doskonale, jak się zachowywał, kiedy tylko poczuł trochę krwi.
– Ja czuję się świetnie. No już, uciekaj – ponaglił mnie, a ja nie miałem wyjścia.
Zszedłem na dół i zasiadając przy ladzie, poprosiłem o posiłek i kubek porządnej kawy. Ta pobudka nad ranem trochę mnie rozkojarzyła. Trochę takich leniwszych dni, i już się nie potrafię ogarnąć, kiedy tego sytuacja potrzebuje. Za bardzo się przy nim rozleniwiłem; nie musiałem czuwać, bo przecież on to robi, ostatnie dni były sielskie, spokojne, intymne... no i teraz to we mnie uderzyło ze zdwojoną siłą. Ja za bardzo rozpuściłem jego, on mnie... no i teraz oboje mamy za swoje. Muszę jak najszybciej się ogarnąć, by w końcu doprowadzić tę sprawę do końca, bo chociaż to nie powinno być moje zmartwienie, czułem się zobowiązany do doprowadzania tego szaleńca przed sąd.
Jedząc obiad, do lady podszedł zakapturzony facet. Jako, że stał blisko, byłem w stanie wyczuć charakterystyczną woń, albo raczej smród, która go towarzyszy niektórym wampirom. Była jednak bardzo... delikatna. Gdyby nie był tak blisko mnie, pewnie bym jej nie wyczuł. Więc to musi być nasz morderca... zerknąłem kątem oka na niego, ale kaptur był wystarczająco głęboki. Pozostało mi tylko zaufać Serathionowi w sprawie opisu jego aparycji.
– Dziwny typ. Nie dziwię się, że go podejrzewałeś – mruknęła Dona, kiedy facet, po przedłużeniu pobytu tutaj odszedł w kierunku schodów.
– Mhm – mruknąłem, myśląc intensywnie. Trzeba go złapać na gorącym uczynku... nie chciałbym ryzykować czyimś życiem. Ale swoim...? Na chwilę zamarłem. Gdyby dostał prośbę od swojego bóstwa, by zabił łowcę? Jeżeli faktycznie jest tak chory, jak mówi Serathion, przecież na to pójdzie. A jak jeszcze podczas walki go wkurzę, to sam może się przyznać, albo powiedzieć coś, co go wkopie. To chyba najlepsze, co w tej kwestii mogłem wymyśleć.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz