I co ja teraz miałem zrobić? Powinienem go tu zostawić samego? Już wyglądał znacznie lepiej, chociaż dalej był w tej swojej uroczej formie. Muszę jednak zejść na dół, pogadać z Doną, przeprosić za niego, bo chociaż ja wiem, że to mogło skończyć się dla niego bardzo źle, wręcz śmiertelnie, to przecież dla nich była głupota.
Powinienem też porozmawiać z Lidią, wyjaśnić sobie pewne sprawy. Ja tam nic takiego nie widzę, ale jeżeli Serathion ma rację, i chce mojej uwagi, to muszę ją rozczarować. To ten mały wampirek, zwinięty na mojej dłoni, jest na ten moment wszystkim, czego potrzebowałem. Być może się kiedyś bardzo na tej relacji przejadę. Być może będę cierpieć, bo coś takiego nie ma prawa bytu. Ale póki mi dobrze, póki wszystko gra, chcę, żeby to trwało.
– Pójdę pogadać z Doną. Muszę wytłumaczyć tę sytuację. Zrobię to, i do ciebie wrócę – powiedziałem, odkładając go na pluszowego misia. Czerwone oczka obserwowały mnie z uwagą, ale w żaden sposób nie dawał mi znać, że chcę, bym został. Obym tylko później nie słyszał od niego, że go w najważniejszym momencie zostawiłem samego.
Z ciężkim sercem zszedłem na dół. Słyszałem głosy dochodzące z kuchni, Lidia zapewne już wszystko opowiedziała mamie. Wziąłem głęboki wdech i trochę niepewnie wszedłem do środka. Dziewczyna już trochę się uspokoiła, nie płakała, ale dalej była przybita.
– W imieniu Serathiona przepraszam. Trochę... go poniosło – odpowiedziałem cicho, i niepewnie.
– Oboje wiemy, że to nie ty powinieneś mówić te słowa – powiedziała karcąco Dona, a ton jej głos wskazywał na to, że stąpam po cienkim lodzie.
– Jest jeszcze trochę... wzburzony, delikatnie to ujmując. Przewrócił się i rozwalił sobie głowę, z tyłu, nad karkiem. Na razie lepiej, by trochę ochłonął – wyjaśniłem mając nadzieję, że to ją trochę udobrucha. – Uspokoi się trochę, to upewnię się, że tu zejdzie i przeprosi – dodałem.
– Nic złego się mu nie stało? Nie potrzebuje medyka? – dopytała, delikatnie marszcząc brwi.
– Będzie żyć. Humor też się mu poprawi. Potrzebuje tylko czasu, by to wszystko z niego zeszło. Nie spodziewaliśmy się porannej wizyty ze śniadaniem – odpowiedziałem, co lekko zaskoczyło kobietę.
– Nie spodziewaliście się? Przecież sam o nie poprosiłeś.
A to mnie zaskoczyło. Poprosiłem? Kiedy? Nie przypominam sobie. Zerknąłem na Lidię, która cała się zaczerwieniła, przyłapana na kłamstwie.
– O nic takiego nie prosiłem. Lidia weszła i powiedziała, że to ty przysyłasz ją ze śniadaniem – po tych słowach Dona spojrzała na swoją córkę, po tym na mnie, i cicho westchnęła.
– Rozumiem. Możesz nas zostawić? Chyba mamy trochę do omówienia – poprosiła, na co kiwnąłem głową.
Zmęczony wróciłem do pokoju, mając ochotę już tylko się położyć i przytulić do Serathiona. Kiedy jednak wszedłem do pokoju, moja Różyczka nie wróciła do swojej formy. No nic, jakoś będę musiał bez niego przeżyć.
– Jeszcze nie musimy stąd uciekać. Tak mi się wydaje – powiedziałem, opadając padnięty na poduszki. Byłem wykończony z powodu braku snu i straty nieco większej ilości krwi niż zwykle. Jeszcze przez chwilę wpatrywałem się w jego małe ciałko, które to znajdowało się tak daleko ode mnie, aż w końcu sam zmęczony zasnąłem, nie przejmując się tym, że nie jestem przykryty kołdrą i że obudzę się zmarznięty. Teraz to nie miało znaczenia.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz