wtorek, 2 grudnia 2025

Od Serathiona CD Eliana

 Obserwowałem go uważnie, a w myślach wciąż pulsowało poczucie winy. Wiedziałem, że postąpiłem źle, pijąc jego krew. Powinienem był się powstrzymać, odlecieć, oddalić się od niego choćby na chwilę. Zrobić cokolwiek, by nie dopuścić do tego, co się stało. A jednak zawiodłem, siebie i jego.
Kiedy upewniłem się, że zasnął, pozwoliłem sobie przybrać ludzką postać. Z ulgą dotykałem własne ciało, jakbym musiał potwierdzić, że naprawdę znów jest całe, że powróciło do naturalnej formy. Za zasłonami czaiło się słońce, złowrogie, ale odgrodzone ode mnie na tyle, by nie mogło mnie dosięgnąć. To dawało mi namiastkę bezpieczeństwa, choć z pewnością nie uspokajało sumienia.
Podszedłem do Eliana powoli, niemal ostrożniej aby nie obudzić. Położyłem kołdrę na jego ciele, naciągając ja znaczenie wyżej, otulając go szczelniej, jakby to miało ochronić go przed całym złem tego świata. A jednocześnie przede mną samym, przed tym, co zrobiłem, i przed tym, kim byłem. Nie wiem nawet, dlaczego to zrobiłem, ale pochyliłem się i musnąłem jego policzek lekkim, niemal niewinnym pocałunkiem. Może chciałem przeprosić, choć wiedziałem, że nie usłyszy ani nie poczuje tych przeprosin. Może chciałem choć na chwilę poczuć, że jestem kimś więcej niż potworem.
Wsunąłem w jego dłonie misia, którego wcześniej trzymał. Automatycznie przytulił go w półśnie, jakby nieświadomie szukał wsparcia. To mnie uspokoiło przynajmniej będzie nim ładnie pachniał, znajomym, bezpiecznym zapachem, który zawsze mnie koił. Stałem przez chwilę, obserwując jego spokojny oddech, i po raz pierwszy od dawna poczułem coś na kształt nadziei, choć nie miałem pojęcia, czy na nią zasługuję.
Patrzyłem na niego jeszcze przez dłuższą chwilę, jakby samym spojrzeniem mógł upewnić się, że naprawdę oddycha spokojnie, że nic mu już nie grozi, przynajmniej teraz. Dopiero potem podszedłem do drzwi, zamierzając wyjść i porozmawiać z kobietą oraz jej córką. Wiedziałem, że źle zrobiłem. Wiedziałem to aż za dobrze. Ale nie potrafiłem nic na to poradzić… Gdyby tylko nie odsunęła zasłony, gdyby słońce nie wdarło się do pokoju, wszystko wyglądałoby inaczej, wszystko byłoby pod kontrolą.
Właśnie wtedy, w ostatniej chwili, zatrzymałem się z dłonią na klamce. Przecież nie mogłem tak po prostu wyjść. Ona widziała, jak uderzam głową o szafkę nocną, widziała ból, krew, rozdarcie. A teraz nie było po tym śladu. Ani siniaka, ani zadrapania, niczego. Pojawienie się bez choćby jednego śladu musiałoby wzbudzić podejrzenia. A tego nie potrzebowałem. Nie teraz.
Westchnąłem ciężko, odwracając się i ponownie siadając na łóżku. Materac ugiął się cicho, a ja utkwiłem wzrok w Elianie. Spał spokojnie, wtulony w misia jak dziecko szukające schronienia przed całym światem. Niech śpi. Niech odpoczywa. Zasłużył na to bardziej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. A ja? Ja nie mogłem mu w niczym przeszkadzać. Nie po tym wszystkim.
Przez kilka chwil siedziałem w milczeniu, wsłuchując się w równy rytm jego oddechu, który działał na mnie dziwnie kojąco. W tym świetle wyglądał tak spokojnie, niewinnie, jakby cała brutalność tego świata nie mogła go dosięgnąć. I może właśnie dlatego zostałem, bo obok niego, choćby na moment, łatwiej było uwierzyć, że nie jestem jedynie cieniem i przekleństwem.
Potrzebując jego bliskości wysunąłem się w jego ramiona, chcąc być przy nim tak długo jak długo było to możliwe.

<Rudzielcu? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz