wtorek, 2 grudnia 2025

Od Serathiona CD Eliana

 Byłem naprawdę wściekły na niego… i na tę głupią dziewczynę. Gdyby tu nie wlazła, wszystko byłoby w porządku. A teraz? Teraz pewnie opowie swojej matce, co się stało, tamta oczywiście zjawi się u nas i możliwe, że wyrzuci nas z tego miejsca. Świetnie. Dopiero zaczynało mi się tu podobać, zaczynałem czuć, że może jednak znajdę tu dla siebie kawałek przestrzeni.
Nie miałem pojęcia, co powinienem teraz zrobić. W mojej obecnej formie czułem się bezpiecznie, jako nietoperz byłem mały, zwinny, mogłem schować się właściwie wszędzie, nie przeszkadzając nikomu. Tam, w ciasnej wentylacji, panował przyjemny chłód i ciemność, w której mogłem po prostu zniknąć. Było tam cicho, spokojnie… niemal jak w domu.
I właśnie dlatego tak bardzo zirytowało mnie, że Elian musiał mnie stamtąd wyciągnąć. Naprawdę nie mógł zostawić mnie w spokoju? Czułem jego dłoń delikatnie trzymającą mnie w swoich objęciach, nie chcącej zrobić mi krzywdy.
Jego zapach był intensywny, a serce biło szybciej, niż zwykle, martwił się, albo bał, a może jedno i drugie.
Płynąca z jego dłoni krew ta, którą sam wywołałem, wbijając zęby w jego skórę, spływała po jego dłoń brudząc moje łapki.
Oczywiście, że go ugryzłem! Co niby miałem zrobić? To była obrona, odruch… a może coś jeszcze.
Nie miałem więc wyboru. Skoro krew już i tak ciekła, skoro jej ciepły zapach drażnił mnie przy każdym oddechu, jedynym rozsądnym wyjściem było napić się jej, zanim się zmarnuje. Czułem znajome mrowienie, mieszankę podniecenie i ulgi, gdy pierwszy smak dotarł do mojego języka. Elian nawet nie zaprotestował, tylko westchnął ciężko, jakby pogodził się z tym, że i jemu całkiem się to podoba.
A ja? Ja wciąż nie wiedziałem, co będzie dalej. Jedno było pewne, to miejsce przestawało być bezpieczne, a ja nienawidziłem uczucia, że grunt usuwa mi się spod nóg i to nie z mojej winy.
Oderwałem kły od jego skóry, czując, jak ciepła krew przestaje napływać, a moje ciało powoli zaczyna się regenerować. To znajome uczucie rozchodzące się falami po skrzydłach i tułowiu zawsze przynosiło mi ulgę. I, choć nie chciałem się do tego przyznać, trochę mnie to uspokoiło. Złość nie zniknęła całkowicie, ale przynajmniej nie dusiła mnie już tak jak wcześniej.
Mimo to wcale nie zamierzałem przybierać ludzkiej formy. Nie teraz. Tak było mi wygodniej, bezpieczniej… a bezpieczeństwo nagle stało się wartością, której skrajnie mi brakowało. W mojej drobnej, nietoperzej postaci mogłem przylgnąć do sufitu, wślizgnąć się w każdy kąt, po prostu rozpłynąć się w cieniu, jeśli tylko zajdzie potrzeba.
Ktoś mógł tu zaraz wejść, zainteresowany hałasem albo plotką. A ja nie miałem najmniejszej ochoty tłumaczyć się komukolwiek, zwłaszcza nie w ludzkiej skórze, wystawiony na całą gamę pytań i oskarżeń. W tej formie byłem niewielki i niepozorny, a to dawało mi przewagę. Mogłem obserwować. Mogłem zniknąć. Mogłem przetrwać.
Elian trzymał mnie jeszcze przez moment, jakby nie do końca wiedział, co zrobić, ale przynajmniej nie próbował mnie zmuszać do niczego więcej. A ja wtuliłem skrzydła bliżej ciała, pozwalając sobie na krótką, cichą chwilę wytchnienia, ostatnią, zanim nadejdą konsekwencje tego, co właśnie się wydarzyło.

<Rudzielcu? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz