niedziela, 11 stycznia 2026

Od Eliana CD Serathiona

 Przyglądałem się mu przez chwilę z uwagą. Ewidentnie nie podobał mu się koncept mojego poświęcenia się dla niego, i chyba to nawet rozumiałem. Też nie chciałbym, by on poświęcał swoje życie dla mnie, zwłaszcza że ja jestem tylko człowiekiem. Żyję krótko, niewiele zrobię, a on? Miał szansę coś osiągnąć. Coś zrobić w tym świecie. Czas go nie gonił. Naprawdę wierzyłem, że gdyby trochę się postarał, znalazł w sobie dobroć i cel, mógłby tu zrobić wiele dobrego na tym świecie. 
- Miałbym odmówić kąpieli mojej Różyczce? - spytałem rozbawiony, chwytając jego dłoń, by zaraz ucałować jej wierzch. Nie będę mu mówić, by się nie martwił, bo to nie ma sensu. Ja będę się martwić o niego. On będzie się martwił o mnie. Chyba tak działają związki. Nie oznacza to, że w niego nie wierzę, bo wierzę. Po prostu... po prostu nie chcę, by coś złego się mu staną. 
- Powiedzmy, że ten jeden raz zdzierżę twoje ognie piekielne. Ale się nie przyzwyczajaj. Ten jeden raz, wyjątkowo – powiedział, odsuwając się ode mnie.
- Jestem ci niezmiernie wdzięczny za ten jeden wyjątkowy raz, mój panie – puściłem mu oczko, na co prychnął niby z lekką pogardą, wyższością, i zniknął za drzwiami do łazienki. Pokręciłem z niedowierzaniem głową, a następnie westchnąłem cicho, na chwilę opadając na miękki materac. Chwilę mogłem w końcu poświęcić na odpoczynek, nim Serathion do mnie wróci, minie chwila, a ja i tak nie mam nic do roboty. Wszystko, co miałem do zrobienia, już zrobiłem. Jeszcze teraz tylko trzeba te święta nasze przygotować. Normalnie ludzie szykują jedzenia jak na ucztę, ale ja... cóż, po prostu kupię jeden posiłek, obiad, i to mi wystarczy. Karczma i tak działa normalnie i tak, dając pracę tym, którzy są samotni, i nie obchodzą świąt, i całe szczęście. Gdyby takie przybytki były zamknięte... nie wiem, gdzie bym się podział. Albo co bym zjadł. Jak dożyję, to za jakieś dziesięć lat trzeba będzie pomyśleć o jakimś domu, udać się na przysłowiową emeryturę... ale do tego momentu jeszcze trochę czasu. Koniecznie z dobrą ziemią w ogrodzie, na te róże jego upragnione. Na razie miał tylko taką małą przypominajkę w postaci tego magicznego kwiatu, ale kiedy przyjdzie na to pora, będę mu przynosił prawdziwe bukiety. Jak starczy mi pieniędzy, oczywiście. 
- Jaśniepan raczy do mnie przyjść? - usłyszałem po kilku minutach lekko zniecierpliwiony głos, chociaż coś tak mi się wydawało, że to też była taka mała gra z jego strony. Podniosłem się z łóżka i niespecjalnie się spiesząc wszedłem do łazienki.
- Dwie świeczki raptem tylko? Myślisz, że co, ja mam kocie oczy? - lekko go skrytykowałem. Dwie świeczki to zdecydowanie za mało. Przecież ja ledwo zobaczę jego twarz.
- Już nie przesadzaj, tylko się ciesz, że przygotowałem ci kąpiel. A jak tak bardzo martwisz się, że się nie domyjesz, nie martw się, dobrze cię wymyję – uśmiechnął się drapieżnie, zajmując miejsce przede mną. - A wiesz, że podczas seksu dobrze jest nic nie widzieć? Kiedy zawodzi jeden zmysł, wyostrzają się kolejne. 
- Mnie tak podoba się, jak widzę twoją twarz, gdy dochodzisz. I nie wiem, czemu bym się miał pozbywać tego widoku – odpowiedziałem trochę niepewnie nie wiedząc, o co mu chodzi. Wiązanie jeszcze u niego rozumiem, ale zakrywanie wzroku? To jeden z najważniejszych zmysłów. 

<Różyczko? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz