poniedziałek, 12 stycznia 2026

Od Soreya CD Mikleo

 Na jego słowa delikatnie zmarszczyłem brwi, a moje zmartwienie nie ustało. To nie powinna być wymówka. Nie mogę go krzywdzić do tego stopnia, by lała się krew. To znaczyło, że dzieje się mu krzywda, ciało wysyła sygnały, że dzieje się coś złego. Chciałem mu dać coś czego chciał i zapomniałem się, zapomniałem, że ja jestem silniejszy, a on słabszy i delikatniejszy, i wrażliwy, i... i mam za swoje. I on na święta chce jeszcze bardziej na ostro? Przecież ja go zniszczę. On później przez tydzień, jak nie dłużej będzie do siebie dochodził. I nie że tutaj w domu, a na dnie jeziora, bo tylko woda będzie w stanie go wyleczyć. To mi się trafił dziwny anioł. I nie mam pojęcia, jak nim się mam zajmować
- Chodź tu do mnie – złapałem go łagodnie w moje ramiona, bez problemu wstając z łóżka, nie mając żadnych problemów. 
Zaniosłem go do łazienki, włożyłem do balii i włączyłem wodę. Pilnowałem, by była raczej chłodna, taka w końcu najbardziej mu odpowiadała, a ja tak czy siak nie zażyję tej kąpieli z nim, chociaż w sumie bym mógł. Ubrań na sobie nie miałem, podobnie jak i on. Ja jednak zaraz się ubiorę, i zajmę sprzątaniem. Mam nadzieję, że krew nie przesiąkła przez koc, i nie ubrudziła kanapy. I co, ja bym miał jeszcze kupić nową kanapę? Na takie wydatki zdecydowanie nie byłem przygotowany... ale to zaraz zobaczę. 
- Odpoczywaj, i się lecz. Ja pójdę posprzątać. I się ubrać – odpowiedziałem spokojnie, przyglądając mu się z uwagą. I on mi później mówi, że chce mi urodzić dziecko. Nie, nie mogę się na to zgodzić. Skoro ostrzejszy seks tak źle na niego wpływa, to ciąża jeszcze go zabije. Sama ta myśl powodowała mnie paraliżujący strach. Nie, to odpada. Mamy już tyle dzieci, ja mam dodatkowo jeszcze towarzystwo Banshee więc myślę, że jakoś tak sobie trochę dam radę. 
- Daj spokój. Nie jest ze mną aż tak źle – odpowiedział, siląc się na delikatny uśmiech, który zaraz zamienił się w grymas bólu. 
- Właśnie widzę. Nie mam pojęcia, jak na to zaradzić – westchnąłem cicho, patrząc na niego ze zmartwieniem. - Umyjesz się, i jak będziesz się lepiej czuł, to może potowarzyszysz mi w zakupach? Chciałbym już kupić prezenty dzieciakom. No i zacząć robić zakupy na święta. Tam coś mówiłeś o jakiejś rybie, kapuście i innych takich. Ja się nie znam, polowy tego, co mi powiedziałeś już nie pamiętam, dlatego rozsądnie będzie, gdybyś mi towarzyszył  – zaproponowałem, gładząc jego dłoń, która była cieplejsza. A to niedobrze. Czuje się gorzej, niż mi przyznaje. 
- Wiesz, że na jednych zakupach się nie skończy? Przed świętami praktycznie codziennie chodzi się na zakupy. Nie zrobisz tak, że załatwisz wszystko za jednym razem – ostrzegł mnie. Delikatnie się skrzywiłem. Ależ oczywiście... bo tego chciałem. Codziennego chodzenia do ludzi. - Oczywiście, postaram się to ograniczyć, ale patrząc na to, jak wyglądały nasze poprzednie święta... cóż, nic nie mogę poświęcać. 
- Jakoś sobie z tym będę musiał poradzić – westchnąłem, nie ukrywając smutku. - Jeszcze to obgadamy. Wrócę do ciebie, jak już wszystko posprzątam – dodałem, całując go w czubek głowy, nim go zostawiłem samego ze swoimi myślami. 

<Owieczko? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz