Nie chciałem wypuszczać Mikleo. Czemu bym miał? Dzieciaki doskonale sobie dają radę. Z tego, co słyszę, przygotowują sobie jajecznicę. Jajecznica... swego czasu, bardzo ją lubiłem. Ogólnie bardzo lubiłem dania z jajkami. Tak mi się wydaje. To ludzkie życie było dalej dla mnie takie... odległe. Nieznane. Czasem miałem faktycznie jakieś przebłyski, ale znaczna większość była dla mnie strasznie odległa, zapomniana i nierealna. Co zapamiętałem za bycia aniołem, później zapominałem. I że z tego okresu mam trójkę wspaniałych dzieci... miałem nadzieję, że dzieje się z nimi lepiej, niż teraz ze mną. Dawno nie miałem od nich wieści, i w sumie... może właśnie tak jest lepiej? Jest większa szansa, że nie stoczą się tak bardzo jak, zrobiłem to ja. Dobrze, że zostały tam, przy Lailah, ona im bardziej pomoże, niż ja.
Dzieciaki zachowywały się dzisiaj bardzo poprawnie. Przygotowały śniadanie, zjadły, posprzątały, wypuściły i wpuściły Psotkę, a nawet nakarmiły koty. Zrobiły wszystko, co na początek dnia powinno się zrobić. Aż trochę w szoku byłem. Dotarło coś do nich? A może naprawdę czegoś chcą, i dlatego tak ładnie się zachowują? Nie przyzwyczaiłem się do tego, że one wszystko robią, i nic nie trzeba po nich poprawiać. Owszem, nalegałem na to, by jak najwięcej robiły same, by się uczyły, i tak dalej, ale kiedy wszystko wychodzi im aż za dobrze, i nie trzeba nic im mówić, wskazywać palcem... niesamowita sprawa. Niecodzienna. Podejrzana.
– I mamy spokój – powiedziałem miękko, kiedy drzwi wejściowe za dzieciakami zamknęły się. – Widzisz? Nic nie trzeba robić. Jeszcze jestem ciekaw, co za to chcą...
– Nie przyszło ci do głowy, że coś zrozumiały? I starają się pokazać, że potrafią być odpowiedzialne? Mogą niekoniecznie próbować coś na tym ubrać – odpowiedział, poprawiając się na moim torsie. Ależ on był cieplutki, co było trochę... dziwne. A może właśnie nie? Ja byłem trochę ciepły, więc to pewnie ode mnie. Wyglądał w końcu pięknie, spojrzenie było może i zaspane, ale jasne, zdrowe, a czoło chłodne. Bardzo dobrze... wszystko, czego w tej chwili potrzebowałem, to jeszcze chory mąż. A gdyby on był chory, to dzieciaki tym bardziej. Trzy chore Serafiny w domu, przecież mnie to by tu popierdoliło, delikatnie to ujmując.
– Przyszło mi do głowy, ale szansa na to jest taka trochę mała – powiedziałem, cicho wzdychając. – Jak już chodzi o te całe święta, i ich obchodzenie... to będziemy coś gotować? Te całe dwanaście potraw, czy ile to się tam robi? Jak będziemy tylko my, to chyba nie potrzeba, prawda? Kto to później zje? – zapytałem, chcąc zacząć przygotowywać wszystko do wigilii. Chciałbym, by moje dzieci chociaż raz przeżyły miło święta, ale też nie chcę, by coś się zmarnowało.
<Owieczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz