Przestraszony nawet nie miałem siły walczyć z moim mężem, posłusznie robiąc to, o co mnie poprosił, trzymając kubek z gorącą cieczą, której się przyjrzałem, stawiając go na stole.
- Dziękuję, ale nie chce - Powiedziałem, naprawdę nie mając na to najmniejszej ochoty, teraz gdy byłem przerażony, wiedziałem, że tego nie wypije.
- Zrobiłem to dla ciebie, chodzi o to, że wciąż się na mnie gniewasz? - Zapytał, chyba myśląc, że robie to specjalnie, aby zrobić mu na złość.
- Sorey wypij to, a jak nie chcesz, to wylej, rób co chcesz - Powiedziałem spokojnie, wychodząc z salonu, nie mając już ochoty na kłótnie z mężem, idąc do sypialni, gdzie położyłem się na łóżku, wtulając twarz w poduszkę, nakrywając kołdrą, może i było mi gorąco, ale jeszcze bardziej bałem się burzy, która powodowała szybsze bicie serca, psychika mimo tylu lat wciąż ciężko sobie radzi z burzą.
Schowany pod poduszką i pościelą ukrywałem strach, chcąc przeżyć ten, straszy dzień, a może i nawet nóż, która będzie dla mnie naprawdę trudna.
Czas mijał, a ja miałem wrażenie, jakby mijała wieczność od chwili, w której to wszystko się zaczęło, przerażony trząsłem się, że strachu, czując nagle bliskość mojego męża, wtuliłem się przerażony w jego ciało, chowając w jego ramionach.
- Już dobrze jestem przy tobie - Wyszeptał, kojąco głaszcząc mnie po głowie, w tej chwili to było dla mnie bardzo ważne, potrzebowałem go, aby się wyciszyć chowając przed burzą, która nie chciała przeminąć.
- Boję się - Wydusiłem, z łzami w oczach mając straszną ochotę się popłakać, mimo że świadom byłem tego, że nie powinienem, byłem dorosłym aniołem i nie powinienem płakać z powodu zwykłej burzy, jestem żałosny i potrafię rozkleić się z powodu czegoś tak zwykłego, jak burza której nawet nasze dzieci się nie bały.
- Wiem, dlatego tu jestem przy tobie - Wyszeptał, całując mnie w czubek głowy, nie przestając głaskać po głowie. A było to tak przyjemne, że powoli bez najmniejszego pośpiechu odpłynąłem, czując, że przy nim nic nie może mi grozić.
Rano, gdy otworzyłem oczy, czułem się już znacznie lepiej, miałem bardzo dobry humor i całkiem złość ze mnie wyparowała, tak jakby w ogóle się już na niego nie złościł, no właśnie. A czy ja się tak właściwie na niego wciąż złościłem? Nie, już mi przeszło a wszystko to zasługa jego bliskości, jak widać niewiele mi do szczęścia potrzeba.
- Dzień dobry owieczko - Przywitał się ze mną, z nadzieją w głosie mając nadzieję, że tym razem nie będę już się na niego złościł.
- Dzień dobry kaczuszko - Przywitałem się z uśmiechem na swoich ustach.
- Jak się czujesz? Potrzebujesz może czegoś? - Podpytał, kładąc dłoń na moim policzku.
- Nie, niczego nie chce - Powiedziałem, zgodnie z prawdą leżąc spokojnie przy jego boku, trochę zmęczony tą nieprzespaną nocą zdecydowanie to będzie bardzo ciężki dzień a wszystko dlatego, że jestem po nieprzespanej nocy, zresztą nie tylko ja, Sorey, który dzielnie pilnował mnie w nocy, również pewnie jest niewyspany, a to wszystko, dlatego że nie potrafię poradzić sobie ze zwykłą burzą, jestem naprawdę beznadziejny.
<Pasterzyku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz