Westchnąłem cicho, gdy tylko usłyszałem jego słowa, czy byłem zmęczony? Może nawet trochę byłem, ale czy aż tak, aby teraz pójść do sypialni odpocząć? Nie sądzę, chętnie spędzę czas z mężem i dziećmi, tym bardziej że jestem z nich taki dumny, moje małe szkraby zaczynają chodzić, ja naprawdę nie rozumiem, jak go może to nie wzruszyć, to jest takie piękne, gdy dziećmi zaczynają chodzić o własnych siłach a on co? Nawet nie jest, chociaż troszeczkę poruszony tym osiągnięciem naszych dzieci.
- Chce pójść z wami, nie chce ominąć wspólnego spaceru - Wyjaśniłem, sadzając maluchy na krzesełkach, stawiając im miseczki przed twarzą z zupą, podając ją również mężowi, no cóż, może i mówił, że nie chce, ale ja już tam dobrze wiem, że chce, tylko udaje, że nie chce, wszystko, byleby go we wszystkim pominąć.
- Mówiłem ci przecież, że masz mi nie dawać obiadu, dla dzieci nie starczy - A on znów swoje, co za głupek czasem naprawdę brak mi do niego słów.
- Nie zabraknie, o nic nie musisz się martwić, przygotowałem taką ilość, aby nie zabrakło nikomu - Zapewniłem, siadając obok maluchów, podając im łyżeczki, niech sobie jedzą, ja posprzątam, od tego w końcu tu jestem, one się nauczą, a ja nic na tym nie stracę, tylko zyskam zdrowe i szczęśliwe dzieci, a to dla mnie najważniejsze.
Sorey westchnął cicho, nie komentując mojego zachowania, a to i dobrze, bo jak oboje dobrze wiemy, jego słowa niczego nie zmienią, ja przecież zawsze robie to, co chce i to, co uważam za słuszne, a to jest zdecydowanie słuszne, skoro chce jeść niech je przecież to nic złego, jeśli chce, niech zje dla każdego starczy.
Najedzeni mogliśmy pójść na spacer, najpierw jednak musząc posprzątać, co zrobił za mnie mój mąż, bo przecież ja już i tak sporo zrobiłem, nie mogę się przecież przemęczać, tak jakbym sam nie wiem, chory był, a przecież nie jestem.
Nie mając wyjścia, zająłem się naszymi maluchami, ciepło je ubierając, chcąc już być gotowym do wyjścia z domu.
- Posprzątałem, mogę teraz ubrać dzieci.. Już to zrobiłeś? - Zauważył, wzdychając przy tym cicho.
- Tak, już zrobiłem a teraz i ty się ubierz, poczekamy na ciebie - Przyznałem, całując go w policzek, zakładając na nogi dzieci buty, czekając na Soreya który już po chwili gotowy był do wyjścia z domu.
- Zabieramy ze sobą psa? - Zapytał, patrząc na naszą puchatą klucha, która merdała wesoło ogonem.
- Możemy - Zgodziłem się, nie mając nic przeciwko temu, abyśmy wszyscy wraz z psem poszli na spacer.
Zabierając psiaka ze sobą, wszyscy razem wybraliśmy się na spacer nieopodal domu, na dworze nie było za ciepło, dlatego nie mogliśmy zbyt długo ich trzymać na zimny dworze, nie chcieliśmy w końcu, aby się przeziębiły, tylko tego nam jeszcze trzeba.
Wymęczyliśmy dzieci, jeszcze trochę bawiąc się z nimi, zachęcając do chodzenia, nakarmiliśmy, wykąpaliśmy, kładąc do łóżka spać.
- Chyba mamy na dziś już spokój - Odezwałem się, cicho wychodząc z pokoju naszych maluchów.
- Wygląda na to, że tak - Zgodził się ze mną, całując w czoło.
- Znakomicie - Westchnąłem cicho zadowolony z tego faktu. - A więc wygląda na to, że mamy czas dla siebie, chcesz może zażyć gorącej kąpieli? - Podpytałem, uśmiechając się przy tym ciepło do niego.
<Pasterzyku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz