niedziela, 3 września 2023

Od Soreya CD Mikleo

 Byłem w szoku, że nasze maluchy już chodzić zaczęły. Pamiętam, że kiedyś miały jakieś próby zrobienia tego pierwszego kroku, no ale bardzo szybko się poddały i jednak pozostały na raczkowaniu. No proszę, nie ma mnie chwilkę i już mnie takie rzeczy omijają... Dobrze, że w końcu mogę im poświęcić troszkę czasu. Normalnie bym pojechał z Alishą, w końcu taka praca, a ona jednak pomyślała o mojej rodzinie, jest naprawdę kochana. To chyba jednak dobrze, że ją wtedy skądś tam uratowałem... Nie wiem, nie pamiętam szczegółów. Może to dlatego Miki nie chce za bardzo mi mówić o przeszłości, bo i tak wie, że nie zapamiętam? To ma dużo sensu. 
– Moje maluchy dzielne – odezwałem się z uśmiechem na ustach, przyglądając się im z uwagą i nagle usłyszałem pociąganie nosem. Odwróciłem się zaskoczony w stronę Mikleo i dostrzegłem, że on... Płacze? – Hej, Miki, wszystko w porządku? – zapytałem, nie rozumiejąc jego reakcji. Przepraszam bardzo, ale co się stało? Skąd u niego te łzy? Stało się coś? Coś, czego nie zauważyłem? A to może jednak jestem i głupi, i ślepy? Ja to dopiero jestem aniołem wieku talentów. Szkoda tylko, że są to takie negatywne talenty. 
– Nie, nic się nie stało, ja po prostu się wzruszyłem – wyjawił, ocierając kąciki oczu z łez. A ja nadal tego nie rozumiałem. 
– Ale czym tu się wzruszać? Chodzić zaczynają. To chyba normalne u dzieci. Chociaż, jak na moje to i tak trochę późno... Ała! A to za co? – spytałem, masując obolałe ramię, w które uderzył mnie mąż. 
– Nie czujesz chwili – wyjaśnił, już odrobinkę się uspokajając. Jakiej chwili? To ja taki głupi jestem, że nie rozumiem? Czy on do mnie szyfrem mówi? – Nieważne, zjesz obiad? – dopytał, zauważając moją głupkowatą minę.
– Mówiłem ci, byś mnie nie brał pod uwagę przy robieniu obiadu. Wtedy więcej będzie dla ciebie. I dzieci. I dla zwierzaków – wyjaśniłem, nie chcąc znowu wyjadać dzieciom zapewne dobrego obiadku. – Powiedz mi lepiej, czy nie potrzebujesz w czymś pomocy – dodałem, chcąc go troszkę odciążyć. Po wczorajszym dniu byłem jeszcze troszkę zmęczony, owszem, ale przecież od tego nie umrę. A mogę mojemu mężowi znacznie ułatwić życie. 
– Najpierw może zdejmij płaszcz. I ręce umyj – poprosił, na co pokiwałem głową. To akurat było całkiem rozsądne, troszkę się zapomniałem zaaferowany niecodziennym zachowaniem Mikleo. Ale to zaraz można naprawić, więc nic strasznego. 
– Myślisz, że będą miały jeszcze dzisiaj energię? Wziąłbym dzieci na spacer – zaproponowałem, kiedy wróciłem z powrotem do mojego wzruszonego z jakiegoś powodu męża. Ja to go jednak nie rozumiałem. Przecież nasze dzieci tylko stawiały pierwsze kroki, co w tym wyjątkowego? Już za niedługo będą biegać po całym salonie i nie będziemy sobie z nimi dawać rady, tu nie ma co się wzruszać, tu trzeba będzie obierać nowe strategie. 
– Chyba weźmiemy oboje – poprawił mnie, ale tak niekoniecznie chciałem się z tym zgadzać. 
– Nie jesteś zmęczony? W końcu cały dzień z dziećmi siedziałeś, myślałem, że sobie odpocząć chcesz – odparłem, przyglądając się mu uważnie. W sumie, to nie wyglądał źle, no ale to mogło być złudne i w rzeczywistości naprawdę mógł być zmęczony. 

<Owieczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz