Odrobinkę pieszczot i słów mających na celu drażnienie się, zawsze sprawiały nam wiele radości, niby nic takiego a ile z tego zawsze korzyści było. Sorey był zadowolony, ja byłem zadowolony, a więc żadne z nas nie miało powodu, aby narzekać.
Wtulony w ciało męża, ziewnąłem cicho, palcami rysując szlaczki na jego torsie, patrząc gdzieś przed siebie, czując dłoń, która głaskała mnie po moich puszystych włosach, które tak bardzo kochał a z powodu tego, że on je kocha to i ja chce je mieć tak długie, jak długie tylko mogą być.
- Ktoś tu chyba jest zmęczony - Odezwał się, gdy po raz kolejny usłyszał moje ziewnięcie stłumione dłonią, którą zakryłem swoje usta.
- Może odrobinkę - Przyznałem, przecierając dłonią zmęczone oczy. - A ty nie? - Zapytałem, zerkając na niego, aby móc spojrzeć mu prosto w te rubinowe oczy.
- Zdecydowanie mniej niż ty - Stwierdził dumnie, całując mój nos, kładąc się na poduszce.
- No tak, nigdy nie dorównam takiemu mężczyźnie, jakim jesteś, nawet nie ma co próbować - Żartowałem, kładąc znów głowę na jego klatkę piersiową, dając sobie dosłownie kilka chwil, nim zasnąłem, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, czy mój mąż coś jeszcze do mnie mówił.
Po kilku godzinach, gdy otworzyłem oczy, zdałem sobie, że tak jak zwykle byłem sam. Sorey zapewne znajdował się już w pracy a na mnie spadła opieka nad dziećmi, to całkiem uczciwie, w końcu on pracuje, a ja zajmuje się domem i dziećmi nie mam powodu, abym narzekać, bo w końcu zawsze to ja mogłem iść znów do pracy i skoczyć tak jak kończyłem za każdym razem.
Mając trochę czasu dla siebie, wstałem z łóżka, zakładając na ciało koszulę męża, postanawiając zmienić pościel, co jak co ale trochę ją wczoraj wybrudziliśmy podczas naszych zabawa.
Po przebraniu od razu ją wyprałem, aby móc czystą i pachnącą wywiesić na sznurkach, dając jej samodzielnie wyschnąć, musząc zająć się maluchami, które dziś nie chciały spać, dłużej niż było to konieczne.
- Już jestem, cichutko - Uspokoiłem dzieci, biorąc je na ręce, tuląc do siebie, zabierając do salonu, gdzie jak zawsze posadziłem na dywanie, dając zabawki, chcąc spokojnie przygotować im posiłek. Maluchy miały jednak inny plan na życie, wstając z ziemi, podążając w moją stronę, bardzo chcąc, abym miał na nich oko, no cóż, wygląda na to, że dziś śniadanie będzie opóźnione, ale czy to coś złego? Nie, zupełnie nie.
Rozbawiony z powodu naszych dzieci przygotowałem im śniadanie, z ich drobną pomocą nie mówiąc już o jedzenie, które było wszędzie, uczenie dzieci jedzenia nie jest wcale takie proste, jakby się mogło wydawać.
Puszczając maluchy na „wolność"musiałem posprzątać ten mały bałagan, w którym pomógł mi Lucky, dobry z niego piesek.
- Gotowe - Odezwałem się sam do siebie, wycierając dłonie, słysząc nagle pukanie do drzwi, co przyznam, trochę mnie zaskoczyło. - A to kto? - Zapytałem sam siebie, idąc w stronę drzwi, które otworzyłem, dostrzegając za nimi dziadka, który przeraził mnie nie na żarty. Ja wiem, że anioły mogą wrócić na ziemię, ale nawet jeśli już to zrobił, po co tu przyszedł? Nie chce go tu.
- Dziadku? - Zapytałem zaskoczony, w tym momencie naprawdę nie wiedząc co mam robić.
- Będziesz mi tak kazał stać przed drzwiami czy zaprosisz mnie do środka? - Zapytał jak zawsze pouczającym mnie głosem.
- A tak, przepraszam, wejdź proszę - Zaprosiłem go do środka, proponując kawę lub herbatę, co spotkało się z jego krytycznym wzrokiem. No tak, jestem głupi, proponując mu coś tak ludzkiego, jak kawa lub herbata. - Usiądź, proszę, co cię tu sprowadza? - Nie odpowiedział, rzucając mi to zimne spojrzenie.
Próbowałem być miły i spokojny, chociaż tak naprawdę bałem się go. Czując, że moje przeczucie, które mnie nurtowało było właśnie nim, jego powrót nigdy nie oznacza niczego dobrego, coś jest nie tak i wiem, że się nie myślę, chociaż bardzo bym chciał..
<Pasterzyku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz