wtorek, 5 września 2023

Od Soreya CD Mikleo

Praca przebiegała całkiem spokojnie, a nawet za spokojnie, jak to miało bardzo często miejsce. Najpierw trochę treningu, a po tym pilnowałem, by Alishy nic się nie stało. Ale nagle, w pewnym momencie poczułem strach, przerażenie i szok. Ale to nie były moje uczucia, w końcu czym niby miałbym się stresować? No i bać. Bać to mogę się jedynie o... Mikleo. To musiały być jego uczucia. Zdarzało mi się tak je odczuwać, kiedy były one wyjątkowo silne. Wyglądało więc na to, że musiało się stać coś naprawdę złego. Tylko co? Coś z dziećmi? Mój Boże, mam nadzieję, że nie wydarzyło się im nic złego pod moją nieobecność, bo przecież ja sobie tego nigdy nie wybaczę. 
 – Sorey? – jak zza grubej ściany usłyszałem zmartwiony głos Alishy, co trochę mnie sprowadziło na ziemię i choć na trochę wyrwało mnie z okropnych myśli. – Wszystko w porządku? 
– Tak. Nie. Nie wiem – powiedziałem, dalej będąc troszkę oszołomiony. Do końca zmiany jeszcze trochę mi zostało, a ostatnio bardzo mało pracowałem, więc teraz nie powinienem jej prosić o takie rzeczy jak wcześniejsze zwolnienie. No ale jeżeli dzieciom naprawdę się coś stało? To wtedy ja tam muszę być. – Przepraszam, ale chyba znów będę cię musiał poprosić o wcześniejsze zwolnienie. Chyba coś dzieje się z dziećmi. Albo Mikim. Jeszcze sam do końca nie wiem, co, ale na pewno coś złego. Czuję, że Mikleo jest bardzo przerażony – wyjaśniłem jej po chwili wahania, kiedy już w końcu zdałem sobie sprawę, że nie mogę tu dłużej zostać. Mikleo ewidentnie mnie potrzebuję i w tym momencie muszę być przy nim.
- Oczywiście, nie musisz mnie o nic prosić. Jutro też nie musisz przychodzić – odpowiedziała, a ja odczułem ulgę. Wynagrodzę jej to wszystko. Obiecuję. Ale teraz naprawdę już musiałem iść. 
Przytuliłem ją szybko, dziękując jej za to, a następnie szybko udałem się do domu, pod koniec już biegnąc. Już z oddali zaniepokoił mnie Lucky, który szczekał zaciekle na podwórku. Uspokoiłem go trochę, a następnie wszedłem do domu, bardzo cicho i powoli. Wszystko wydawało się być... normalne. Słychać bawiące się dzieci, które jak zwykle nie przejmowały się niczym, a poza dziećmi jeszcze dosłyszałem czyjąś cichą rozmowę. Czyżby ktoś groził Mikleo? Na to by wychodziło, stąd to przerażenie. Tylko czemu miałby go wpuszczać do domu? Może pod jakąś groźbą? Szantażem? 
Dalej zachowując ciszę, zdecydowałem się przywołać miecz, który zdobyłem bardzo, bardzo dawno temu i nigdy jeszcze z niego nie korzystałem, aż do teraz. Skierowałem swoje kroki do kuchni, w której zastałem Mikleo oraz jakiegoś starszego faceta. Mikleo wyglądał całkiem spokojnie, ale to mnie nie zwiodło, dalej czułem jego przerażenie, a ten facet wyglądał... sam nie wiem, w życiu go nie widziałem, ale w sumie, wyglądał dosyć niepozornie. Takich ludzi jednak nie wolno lekceważyć, jestem pewien, że gdyby nie był groźny, Mikleo nie byłby taki przerażony. 
- Proszę opuścić nasz dom – powiedziałem cicho, zwracając na siebie uwagę i Mikleo, i tego faceta. 
- Sorey, na miłość boską, co ty wyrabiasz? – spytał Mikleo, wstając od stołu i od razu do mnie podchodząc. Bardzo dobrze postąpił, dzięki temu od raz mogłem chwycić jego dłoń i przeciągnąć go za siebie, dzięki czemu jeszcze lepiej mogłem go ochronić. – Sorey opuść broń, to nasz dziadek. 
Czekaj, czekaj, co? Dziadek? Jaki dziadek? My mamy dziadka? No, chyba mamy, Miki o nim troszkę wspominał, albo mi się wydaje, że wspominał. Albo ja go wspominałem? Nie miałem pojęcia. Ale skoro to jest dziadek, to czemu on jest taki przerażony? W końcu to nasza rodzina, powinien się cieszyć raczej... zerkałem to na niego, to na niby naszego dziadka, nic nie rozumiejąc. 

<Owieczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz