Zaskoczyło mnie to wzięcie sprawy w swoje ręce ręce z jego strony. Takie gesty by zwrócić moją uwagę miały w sobie coś podniecającego. Wpatrywałem się przez chwilę w jego oczy, przygaszone, ciemnoczerwone, doskonale wiedząc, że nie mogę się na to zgodzić. Nie, kiedy widzę, jak wygląda i się czuje. Póki mogę oddawać mu swoją krew, i nie jest ze mną źle, zamierzam to robić. Jestem zdrowym, silnym mężczyzną, mój organizm całkiem szybko się regeneruje, czemu z tego nie chce korzystać? Chciałbym coś mu dać od siebie, a krew to chyba największy dla niego dar. I bez problemu byłem w stanie mu to dać.
– Nie zmuszam cię. Nie wlewam ci mojej krwi do gardła – odparłem spokojnie, na co Serathion westchnął ciężko. Jak w ogóle mam go określać? Kim on dla mnie jest? Chłopakiem? Brzmi to tak strasznie niedojrzale. Partnerem? Kojarzy mi się z pracą. Kochankiem? Też ma dla mnie taki negatywny wydźwięk. Najbardziej podoba mi się określenie mój. Moja Różyczka. Mój Serathion. Czemu mam naszej relacji nadawać jakąś nazwę? To było coś więcej, niż związek, przynajmniej dla mnie. Coś dużo głębszego, intymnego, niesamowitego, ale i jednocześnie kruchego. Jeden nieuważny ruch z mojej strony i mamy całe miasto przeciwko nam. Zrobię coś nie tak, i po prostu zniknę z powierzchni ziemi. Nasz związek nigdy nie będzie prosty i kolorowy.
– Nie, ale zaraz się skaleczysz specjalnie i wyjdzie na to samo – burknął, zabierając swoją dłoń. – A jeszcze musisz wydobrzeć.
– Przecież już wydobrzałem – po tych słowach sięgnąłem do swojej rany, zdejmując z niej bandaż. – Widzisz? Już ładnie się zasklepiło. Powiedziałbym nawet, że nie potrzebuję bandaża, lepiej będzie się goić na świeżym powietrzu – powiedziałem, przyglądając się zagojonemu zacięciu. Kolejna blizna do kolekcji... Nie pierwsza, i nie ostatnia.
– Czemu musisz być tak strasznie uparty? – mruknął, opierając się o moją klatkę piersiową.
– Bo chcę o ciebie dbać. Mile to uczucie, kiedy możesz się kimś zajmować. Póki jestem młody, zdrowy... czemu mam się powstrzymywać? – wyjaśniłem, zabierając się za powolne i dokładne mycie jego włosów, by były piękne, mięciutkie i pachnące.
– Chociażby po to, by zadbać o siebie. Też jesteś w tym wszystkim ważny – przypomniał mi.
– Takich jak ja jest mnóstwo. Takich jak ty naprawdę niewielu – odbiłem piłeczkę, spłukując z jego włosów szampon.
– Przez sto pięćdziesiąt lat nie spotkałem nikogo takiego, jak ty.
– Ja nie wychodziłeś dalej niż mury swojego miasta, to ci się nie dziwię. Wychodźmy. Chciałbym już cię nakarmić i położyć się spać – poprosiłem, całując go w policzek. Oboje byliśmy czyści i pachnący, przynajmniej do następnego naszego kochania się.
– Ty się o mnie nie martwisz. Ciebie po prostu podnieca gryzienie – pokręcił z niedowierzaniem głową, zarzucając na siebie moją koszulę.
– Podnieca, owszem, ale dzisiaj możesz już być spokojny o twój tyłek, nie będę cię już męczył – obiecałem, na szybko się wycierając, bym mógł w końcu coś na to swoje ciało założyć i nie świecić przed nim gołym tyłkiem.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz