Mój plan dnia był na dzisiaj bardzo prosty. Najpierw zjadłem śniadanie, porozmawiałem chwilę z Doną, której musiałem odmówić wspólnych świąt. Powiedziałem jej prawdę, że takich świąt nie obchodzę i te dni chciałbym po prostu spędzić z Serathionem. Widziałem, że nie była zadowolona. Że wolałaby, bym spędził ten jeden dzień, tę wigilię z nimi. Nie odczuwałem jednak takiej ochoty, czy potrzeby. Święta źle mi się kojarzyły, a tak spędzimy je jak chcemy, i na swój własny, nieco upośledzony sposób.
Później przyszła pora na załatwianie swoich spraw. Najpierw odwiedziłem ratusz, odebrałem pieniądze za pomoc w ujęciu niebezpiecznego człowieka, a później poszedłem na rynek. Chciałem znaleźć dwa prezenty, jeden na dzisiaj, drugi na święta. Coś związanego z różami, oczywiście. Może jakieś dodatki? Broszki, ale czy on nosił broszki? Nie kojarzyłem, by coś takiego zakładał. Może, gdybym jednak coś takiego mi sprawił, to by zaczął zakładać? Do gładkiej koszuli taka broszka to chyba by pasowała. Chociaż, to trochę drogi interes... cholernie drogi interes. Ciężko jest zadowolić szlachcia. Tyle dobrego, że przynajmniej nie zaczął już tak wybrzydzać, bo początki z nim były naprawdę ciężkie.
Początkowo zdecydowałem się na jeden prezent. Do świąt jeszcze miałem trochę czasu, a do urodzin? Chciałem mu je wyprawić dzisiaj. Im wcześniej tym lepiej, zwłaszcza, że on się ich nie spodziewał.
W końcu przeszedłem obok stoiska z magicznymi artefaktami... i wśród nich znalazłem różę, zachowaną w idealnym stanie. Ładna dekoracja... ale to chyba wszystko, jak chodzi o funkcje. Ani jej zapach nic nie powoduje, ani nie ma żadnej magicznej aury, a cena jak najbardziej magiczna, a to tylko dlatego, że już zawsze wyglądać będzie jak świeżo ścięta. Ja nie widziałbym powodu, dla którego miałbym posiadać coś takiego. Ale Serathion? Jemu... jemu by się mogło to spodobać. Wiecznie żywe płatki, liście, i piękny zapach... mimo zawrotnej ceny zapłaciłem za ten mały artefakt, gdzieś po drodze zakupiłem świeczkę i ruszyłem do piekarni, w celu zakupu jednej babeczki. Myślę, że po zjedzeniu tak małej ilości nic mu się nie stanie, a poczuje się choć trochę tak, jak podczas faktycznych urodzin.
Mając to wszystko, wróciłem do pokoju. Nim oczywiście przestąpiłem próg pokoju, wetknąłem świeczkę w ten niby torcik, zapaliłem, i dopiero wtedy przestąpiłem próg pokoju. Oczywiście Serathion już z daleka mnie wyczuwał, i czekał grzecznie na łóżku. I był naprawdę mocno zaskoczony, kiedy mnie zobaczył z tymi wszystkimi dodatkami.
– Pozwól, że nie zaśpiewam sto lat, i to z dwóch powodów. Po pierwsze, masz ponad sto lat i to nie ma sensu. I po drugie, szanuję zarówno twój słuch i mój słuch, nie chcesz słyszeć, jak ja śpiewam – odparłem łagodnie, zamykając za sobą drzwi. – Wszystkiego najlepszego, Różyczko. Zgodnie z głupim ludzkim przesądem, przed zdmuchnięciem świeczek należy pomyśleć życzenie. I nie wolno go wypowiadać, bo się nie spełni – poinstruowałem go, posyłając mu łagodny uśmiech, cierpliwie czekając, aż to wszystko sobie przetrawi.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz