Leżałem w łóżku, odprowadzając go spojrzeniem, gdy znikał za drzwiami łazienki. Starałem się nie poruszać zbyt gwałtownie, każdy niepotrzebny ruch groził przypomnieniem mi o tym, jak bardzo moje ciało nie było jeszcze gotowe na to, co wydarzyło się jeszcze chwilę temu.
Faktycznie… dziś go poniosło. W łóżku był zupełnie inny niż na co dzień, bardziej zachłanny, mniej uważny, jakby zapomniał, że mam swoje granice. I choć musiałem przyznać przed samym sobą, że bardzo mi się to podobało, konsekwencje tego zbliżenia z pewnością będą mnie nękać jeszcze przez kilka dni.
Chociaż… może po wypiciu jego krwi moje ciało szybciej się zregeneruje. Może wtedy ten nieprzyjemny, pulsujący dyskomfort w końcu zniknie, a ja znów będę mógł poruszać się bez tego cichego syku bólu, który towarzyszył mi przy każdym kroku.
Mimo szczerej chęci pozostania w łóżku podniosłem się do siadu. Nie musiałem do niego dołączać, nikt mnie do tego nie zmuszał ale chciałem. Dawno już nie braliśmy wspólnej kąpieli, a w tej chwili nie potrafiłbym powiedzieć „nie”. Byłoby to… nie fair z mojej strony.
To znaczy, raczej by się nie obraził. Znałem go na tyle, by to wiedzieć. A jednak po co ryzykować? Zwłaszcza teraz, gdy z jakiegoś powodu wzbudziłem w nim zazdrość. Nie chciałem dolewać oliwy do ognia ani sprawiać, by poczuł się odsunięty czy niepewny. Mimo wszystko zależało mi na nim. Bardziej, niż czasem chciałem przyznać, nawet przed sobą. I mimo wszelkich niedogodności, bólu i kompromisów, pragnąłem być z nim tak długo, jak to tylko możliwe.
Krzywiąc się nieznacznie, wstałem i ruszyłem w stronę łazienki. Każdy krok wymagał ode mnie kontroli i skupienia, żebym nie zdradził się z dyskomfortem, który rozlewał się po moim ciele. Prostowałem się uparcie, jakby sama postawa mogła oszukać ból.
Co za drań. Przeleciał mnie jak dziwkę, a teraz to ja będę nosił konsekwencje jego zachłanności.
Ruszyłem w stronę łazienki i niemal od razu natknąłem się na jego spojrzenie. Na mojej twarzy pojawił się grymas niezadowolenia, którego nie zdążyłem w porę ukryć, za to on uśmiechnął się szeroko, z tą irytującą satysfakcją, którą znałem aż za dobrze.
Wiedział. Doskonale wiedział, że boli mnie tyłek. I choć robiłem wszystko, by tego nie okazać, byłem pewien, że nie umknęło to jego uwadze.
- No proszę. Chyba jednak kogoś boli ten piękny tyłek, który jest tylko mój - Zadrwił, a w jego głosie pobrzmiewała wyraźna nuta rozbawienia.
Poczułem, jak we mnie narasta irytacja, drobna, ale ostra, jak ukłucie.
- Lepiej się zamknij - Warknąłem. - Nim ja sam zamknę te twoje irytujące mnie usta na zawsze. - Minąłem go, nie dając mu czasu na kolejną uwagę, podchodząc do bali. Z determinacją wszedłem do niej najszybciej, jak tylko pozwalało mi ciało, licząc, że ciepła woda choć trochę złagodzi pulsujący dyskomfort… i może ostudzi jego zbyt pewny siebie uśmiech. - To dołączysz do mnie czy będziesz się na mnie długo jeszcze gapił? - Dopytałem, odwracając głowę w jego stronę, unosząc jedną brew ku górze.
< Elianie c: >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz