No tak, jutro wracają do szkoły, trochę mi się o tym zapomniało. Miałem wrażenie, że skoro zaraz święta, to już mają wolne. A jeżeli nie mają teraz, to pewnie będą mieć niedługo... zerknąłem na kalendarz. Raptem dziesięć dni do świąt. Mam dziesięć dni, by zaskoczyć ich, oraz Mikleo prezentami. Cudownie. Nie mam pojęcia, co takiego mógłbym im kupić. W końcu, zawsze dbam o to, by miały wszystko, ale też by nie były za bardzo rozpieszczone. Skoro żyjemy z ludźmi, potrzebujemy pieniędzy, a pieniądze z nieba nie lecą, trzeba je szanować. Nie do końca lubiłem pracować, nie ma tu za wiele stanowisk, które sprawiałyby mi przyjemność. Zresztą, co tu mógłbym robić? Przez chodzenie do pracy tracę czas, który mógłbym spędzić z Mikleo. Potrzebujemy jednak jedzenia, drewna na opał, a jak teraz planujemy remont, to właśnie drewna na deski, zawiasy, farby... Zdecydowanie wkrótce będę musiał wrócić do pracy, by zarobić na to wszystko. I znów będę musiał wrócić do tej knajpy, do tych paskudnych, pijanych ludzi. Chyba, że znajdę coś lepszego, w co szczerze wątpiłem.
– Kiedy idą ostatni raz do szkoły w tym roku? – spytałem, kierując się za nim do salonu. Ile tu było świeczek... A kto później wosk z nich będzie sprzątał? Pewnie ja, albo Miki. Tyle pieniędzy dla chwilowej atmosfery.
– Dwudziestego drugiego już mają wolne – wyjaśnił, na co kiwnąłem głową. Niewiele więc mam czasu na zaskoczenie ich. – Coś planujesz?
– Mhm. Prezenty – mruknąłem pilnując, by na mojej twarzy nie pojawiły się żadne negatywne emocje. Nie chciałbym im zniszczyć humoru tylko dlatego, że ja czegoś nie lubię. Ich radość na te głupie święta była przedziwna, ale nie chciałem jej niszczyć. Niech mają tę radość, której w życiu dorosłym nie będą mieć za dużo. – Nie mam żadnego pomysłu – dodałem, siadając na kanapie i popijając herbatę. Po raz pierwszy od naprawdę dawna czymś się posilałem. Co prawda, tylko w celu rozgrzania się, ale i tak nie spodziewałem się tego po sobie. Ta wyprawa do lasu była bardziej męcząca niż początkowo podejrzewałem, ale przynajmniej Psotka się wybiegała, i teraz zmęczona leży przy kominku, tuż obok Banshee.
– Na co nie masz pomysłu? – spytała Hana, poprawiając stroik na kominku. Choćbym bardzo chciał, nie potrafię zrozumieć tego całego fenomenu. I powinienem przystać. Najwyższa pora zaakceptować, nie zadawać pytań i raz na jakiś czas siląc się na uśmiech, dla całej tej trójki.
– Na prezenty. Na szczęście będę musiał kupić tylko cztery – powiedziałem, zerkając mimowolnie na koc. Może... może powinienem się nim okręcić? Nie, nie mogę. Mikleo zbyt bardzo będzie się martwić. – Jeżeli więc chcecie coś konkretnego, to z chęcią przygarnę pomysły – dodałem, zwracając uwagę na moją rodzinę.
<Owieczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz