Zaspany i jeszcze nie do końca wiedząc, co się dzieje, wstałem powoli z łóżka, rozglądając się niepewnie po pomieszczaniu. Czemu Mikleo jest taki zapłakany? Dzieje się coś? Jak dziadek coś mu zrobił, to go chyba zabiję. I następnym razem będę bardziej nalegał na to, by się zgodzić na mój pomysł, nie na niego. Ja wiem, że jestem głupi, ale przeczucie mnie nigdy nie myli. I kiedy wydaje mi się, że ktoś nie powinien być w naszym domu, to nie powinien być w naszym domu, proste. Nie wiem, czemu Mikleo tak na to nalegał, ale ostatni raz mu tak ulegam.
- Co się dzieje? – wymamrotałem, przeczesując włosy, próbując się trochę rozbudzić.
- Dzieci. Dzieci nie ma, dziadek je zabrał – wyjaśnił, chlipiąc i trzęsąc się przeokropnie. Czekaj, czekaj... co? Jak to dzieci nie ma? Czemu dziadek je zabrał? Wiedziałem, żeby mu nie ufać, ale... ale po co miałby to zrobić? Zabiję go.
Od razu zebrałem się z łóżka, koniecznie musząc zacząć poszukiwania, nawet jeżeli miałbym to robić w piżamie. Może jeszcze nie jest za późno, może daleko nie zaszli... ale czemu mnie Lucky nie obudził? Powinien mnie obudzić chociażby ujadaniem, przecież on go nie cierpiał... Szybko jednak się dowiedziałem, dlaczego. Nasz pies leżał na trawniku, jakby bez życia, co bardzo mnie przeraziło. Czy dziadek coś mu zrobił? Z mocno bijącym sercem podszedłem do niego, by sprawdzić, czy coś mu się stało, i na szczęście okazało się, że tylko spał. Ale był za to strasznie zimny, więc musiał spędzić w tej pozycji dużo czasu. Nie ma więc sensu ganiać na oślep za dziadkiem, na to jest za późno, zwłaszcza, gdyby użył skrzydeł. Musimy się zastanowić, gdzie mógł je zabrać. Ja nie miałem pojęcia, nie rozmawiałem z nim za bardzo, starałem się go ignorować, by nie powiedzieć nic głupiego, no i on też ignorował mnie. Ale Miki wie. Musi wiedzieć, w końcu zna go znacznie lepiej ode mnie.
Wziąłem naszego dzielnego psa na ręce i zaniosłem go do środka. Musiałem go wytrzeć, gdyż jego sierść była mokra przez poranną rosę, a potem opatulić w jakiś koc. I skupić się na dzieciach. Jeżeli Mikleo kiedykolwiek go zaprosić tutaj do domu, to mu wybiję te głupoty z głowy. Nie zaprasza się do domu kogoś, kogo się panicznie boi.
- Mikleo, możesz go wysuszyć? – poprosiłem, wchodząc z lodowatym psiakiem do środka.
- Co się stało? – spytał, dalej roztrzęsiony i zapłakany, ale zrobił to, o co go poprosiłem
- Musiał go jakoś uśpić, i to dawno temu, jest strasznie zimny. Uznałem, że nie ma co go gonić na oślep, musimy się uspokoić i zastanowić się, gdzie go szukać – powiedziałem, kładąc Lucky’ego na posłaniu, a następnie opatuliłem go kocem. Chciałem brzmieć pewnie. Chciałem zachować spokój, pomimo tego, że czułem, jak serce podchodzi mi do gardła ze strachu o moje dzieci. Jak im coś zrobi... nie no, jest aniołem, nie może krzywdzić innych. Lucky’em krzywdy nie zrobił. Dzieciom też nie powinien. Albo raczej nie może. Nie, nie mogę do siebie w ogóle dopuszczać tej myśli, muszę być silny i myśleć racjonalnie. Mikleo teraz będzie miał z tym problem, więc ostałem się tylko ja. – Wiesz, gdzie mógłby je zabrać? Znasz go lepiej ode mnie – zapytałem, głaszcząc naszego psa po pysku, mając cichą nadzieję, że już wkrótce się obudzi.
<Owieczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz